Jeśli klikniesz link i dokonasz zakupu, możemy otrzymać małą prowizję. Zobacz politykę redakcyjną.

The Callisto Protocol - Recenzja: w taki horror nie grałem od lat

Nie można się oderwać.

Eurogamer.pl - Rekomendacja odznaka
The Callisto Protocol to wśród fanów Dead Space prawdopodobnie najbardziej wyczekiwana produkcja tego roku. Nie będę więc owijał w bawełnę: to najlepszy horror akcji, w jaki grałem w ciągu ostatnich lat.

Zaczyna się kameralnie - dwóch przemytników kończy właśnie kurs między księżycami Jowisza - Europą i Kallisto. Sprawy szybko przyjmują jednak niekorzystny obrót i w wyniku serii niefortunnych zdarzeń, główny bohater opowieści, Jacob Lee, trafia za kratki w kolonii karnej Black Iron.

Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów, pobyt Jacoba w więziennej celi nie trwa długo, a cała placówka na naszych oczach pogrąża się w chaosie. Czeka nas próba ucieczki i walka o przetrwanie, co wcale nie będzie łatwe - śmierć czyha tu na każdym kroku, a wrogowie nie biorą jeńców.

Najważniejsza rzecz, jaką trzeba wiedzieć o The Callisto Protocol - i może to być dużym zaskoczeniem - to nie jest strzelanka. Co prawda, w grze znajdziemy kilka rodzajów broni palnej, ale zestaw jest raczej podstawowy, a nawet nudny - po dwa rodzaje pistoletów i strzelb oraz nieporęczny karabin szturmowy. Twórcy położyli nacisk na zupełnie inny aspekt rozgrywki, który wyróżnia „Callisto” na tle konkurencji.

Początek historii jest jak wstęp do świetnego filmu science fiction

Główną osią rozgrywki jest walka w zwarciu przy pomocy broni białej. Starcia są dynamiczne, emocjonujące i brutalne. Możemy wykonywać serie trzech szybkich ciosów lub pojedyncze ataki, ale z czasem odblokujemy też dodatkowe ruchy jak ścięcie wroga z nóg po udanym bloku, bolesna kontra po uniku czy potężny cios, który potrafi posłać przeciwnika w śmiertelną pułapkę, na przykład kolce czy pracującą maszynerię.

Ciekawie prezentuje się system obrony, który polega w dużej mierze na operowaniu lewą gałką analogową. Bloki powstrzymują część obrażeń, a wykonujemy je, po prostu poruszając się w tył. O wiele skuteczniejsze są widowiskowe uniki (przypominające nieco Bloodborne), które pozwalają uchylić się przed ciosami i całkowicie uniknąć ran.

W The Callisto Protocol atak nie jest najlepszą obroną

Na pierwszy rzut oka uniki mogą wydawać się mało intuicyjne, ponieważ nie wykonuje się ich dedykowanym przyciskiem, tylko wychylając lewą gałkę analogową w lewo lub prawo, ale w praktyce sprawdza się to wyśmienicie i zwalnia prawy kciuk, pozwalając choćby na lepsze kontrolowanie kamery, a więc i sytuacji podczas walki. Co więcej, nie trzeba trafiać z unikami w rygorystyczne okienko czasowe, a poziom tolerancji na błędy jest stosunkowo wysoki.

Całość systemu walki uzupełniają brutalne wykończenia, których ofiarą padają zarówno przeciwnicy, jak i postać kierowana przez gracza. Animacji jest sporo i dość obrazowo przedstawiają obrażenia - widać mięso odrywane od kości czy pękające ścięgna. Wykończenia - choć brutalne - nie odbiegają jednak od tego, co znamy choćby z serii Dead Space.

System uszkodzeń ciała był mocno promowany przed premierą i rzeczywiście potrafi zrobić wrażenie, jednak twórcy nie przesadzili z przemocą. Podczas całego 12-godzinnego przejścia wzdrygnąłem się tylko raz, gdy przeciwnik postanowił rozerwać twarz Jacoba, a kamera dość dokładnie pokazała pękające policzki. W innych wypadkach animacje wywoływały raczej satysfakcję.

Pewną rolę gra tu zastosowana stylistyka - na tle realistycznej oprawy graficznej, krew i elementy gore wypadają nieco sztucznie, a może i odrobinę kreskówkowo, co jednak jest zaletą, ponieważ sprawia, że obrzydliwości prezentowane na ekranie nie stają się psychiczną męką i podnoszą adrenalinę, zamiast powodować mdłości i chęć odłożenia pada.

Twórcy nie przekroczyli bariery, a przemoc nie odrzuca

Pod względem technicznym gra wypada rewelacyjnie. Dzięki zastosowanym efektom - w tym mistrzowsko zrealizowanym efektom świetlnym! - obraz wygląda przekonująco i naturalnie oraz cechuje się pewną filmową „miękkością”. Całość robi piorunujące wrażenie i w końcu czuć moc nowych konsol, choć wrażenia psują nieco nie do końca udane efekty ognia oraz twarze bohaterów.

Z jednej strony, zbliżenia na ludzkie postacie wypadają szokująco realistycznie - modele są genialne, włosy wyglądają naturalnie, a na skórze widać wszelkie detale, niedoskonałości i krople potu, jednak mimika momentami jest dość drętwa, więc raczej nikt nie da się nabrać i nie pomyśli, że ogląda film z żywymi aktorami. Szkoda, bo niewiele brakowało.

Sceny przerywnikowe - przy których pomagał ogromny zespół pracowników Sony - wyszły za to kosmicznie. Od pierwszych minut do samego końca prezentują najwyższy poziom i są nie tylko świetnie wykonane, ale i doskonale wyreżyserowane. Ponadto płynnie przechodzą w rozgrywkę, co jest miłym dodatkiem. Niestety, scenek nie można pominąć, więc przy każdym przejściu gry czeka nas powtórka.

Szkoda, że tak świetne przerywniki filmowe nie ilustrują dobrej historii. Fabuła The Callisto Protocol jest raczej miałka i sztampowa, a klisza goni w niej kliszę. Nie zrozumcie mnie źle - historia spełnia swoją funkcję bardzo dobrze i daje pełną motywację do ukończenia przygody, a bohaterowie - zwłaszcza na początku - są ciekawi i mają przyzwoite dialogi. Jest kilka zwrotów akcji oraz zapadających w pamięć momentów, a w powietrzu wisi tajemnica.

Atmosferę można kroić nożem

Niemniej, jeżeli kiedykolwiek oglądaliście jakiś horror SF lub graliście w którąkolwiek część Resident Evil, to historia niczym was nie zaskoczy, a jej finał przewidzicie po pierwszych godzinach gry. The Callisto Protocol nie może też pochwalić się tak wciągającą mitologią, jak choćby Dead Space i w ogólnym rozrachunku trzeba przyznać, że fabuła jest największą wadą omawianego tytułu.

Gra ma jeszcze jeden istotny problem - dziwną polską wersję językową. Z jednej strony, polskie napisy pojawiają się nie tylko podczas dialogów, ale i w świecie gry, a wiele tekstur takich jak oznaczenia sektorów na ścianach zostało przetłumaczone, co jest sporą zaletą. Z drugiej, poziom przekładu pozostawia wiele do życzenia.

Polskie napisy zostały przygotowane niechlujnie. Nie tylko zmieniają sens wypowiedzi, ale wpływają na odbiór danej sceny i fabuły

Pominę już literówki pokroju napisu „Kuźnię”, który wyświetla się na każdym automacie sklepowo-warsztatowym w grze, zamiast napisu „Kuźnia” - problem jest o wiele poważniejszy, ponieważ tłumacze zdecydowali się w kilku miejscach zmienić całkowicie kontekst i ton wypowiedzi bohaterów.

Mamy na przykład do czynienia z wulgaryzmami, których nie ma w oryginalnych wypowiedziach (i nie pasują do scen), a nawet wciskaniem przestarzałych memów i żarcików w poważne, czy wręcz kluczowe dla fabuły momenty. Na przykład - podczas jednej z rozmów proste „Yes, we are” - rzucone przez aktora głosowego ze zmęczeniem i rezygnacją, po polsku brzmi „No raczej, nie inaczej”. Na szczęście takie wpadki rzadko rzucają się w oczy, choć gdy już się pojawiają, psują klimat i ważny moment w fabule.

Wspomniane wady nie mają jednak wpływu na to, co w The Callisto Protocol jest najlepsze. Atmosfera jest gęsta i ciężka, chce się ją chłonąć i chce się wracać do więzienia Black Iron. Twórcy wycisnęli wszystko, co da się wycisnąć z projektu industrialnej kolonii na martwym księżycu i choć ciężko w tej konwencji uciec od tuneli i korytarzy, to trudno jest znaleźć w grze dwie podobne lokacje.

Poziomy pełne są charakterystycznych punktów, które ułatwiają orientację i poruszanie się po obiektach, co jest kluczowe, ponieważ w grze nie ma żadnej mapy i trzeba polegać wyłącznie na własnych zmysłach oraz pamięci. Na szczęście labirynty korytarzy nie są przesadnie skomplikowane i instynktownie można wybrać właściwą ścieżkę. Natrafimy też na alternatywne drogi prowadzące do ukrytych pomieszczeń i przedmiotów.

Znajdź niepasujący element na obrazku

Jedyną wadą poziomów jest nadużywanie szybów wentylacyjnych, które spowalniają przemieszczanie się po świecie gry i sztucznie wydłużają rozgrywkę o dobrą godzinę, a może i dwie. Mimo to nie można narzekać na nudę - twórcy doskonale wyczuwają, kiedy zaczynamy czuć się zbyt pewnie i rzucają nam pod nogi nowych przeciwników, a w momentach, gdy pojawiają się pierwsze oznaki zmęczenia daną lokacją - przenosimy się na zupełnie nowy obszar. Miejsca, które odwiedzimy, są różnorodne, ciekawe i nie ograniczają się tylko do ciemnych korytarzy.

The Callisto Protocol jest przede wszystkim wciągającą grą akcji, w której walka w zwarciu i potężny klimat grają pierwsze skrzypce. Trochę szkoda zaledwie poprawnej fabuły, bez większego polotu, ale gameplay zapewnia najlepszą rozrywkę, z jaką miałem do czynienia od wielu lat w gatunku survival horrorów.

Ocena: 8/10

Plusy:
+ Ciężka atmosfera i gęsty klimat
+ Wciągająca rozgrywka i świetny system walki
+ Rewelacyjna grafika i projekty lokacji
+ Doskonałe udźwiękowienie
+ Szczegółowe, ale nie przesadzone elementy gore
+ Mnóstwo przydatnych opcji ułatwień dostępu
+ Wysoki poziom trudności
+ Chęć powrotu do gry po jej ukończeniu
+ Mała liczba błędów i dobra optymalizacja
+ Brak mikrotransakcji i płatnych DLC w dniu premiery
Minusy:
- Sztampowa, wtórna fabuła bez polotu
- Sztuczne wydłużanie czasu rozgrywki przez nadużywanie szybów wentylacyjnych
- Niechlujna polska wersja językowa
- Okazjonalne spadki płynności w przerywnikach filmowych
- Brak nagród do odblokowania po ukończeniu gry

Platforma: PC, PS4/PS5, XONE/XSS/XSX - Premiera: 2 grudnia 2022 - Wersja językowa: polska (napisy) - Rodzaj: horror, akcja, TPP - Dystrybucja: cyfrowa, pudełkowa - Producent: Striking Distance Studios - Wydawca: Krafton Testowano na: Xbox Series X

The Callisto Protocol - recenzja została przygotowana na podstawie egzemplarza dostarczonego nieodpłatnie przez wydawcę.

Dowiedz się więcej na temat recenzji, zapoznając się z polityką recenzowania gier.

O autorze
Awatar Marek Makuła

Marek Makuła

News & Content Writer

Marek to miłośnik modów, kawy i jezior. Jego serce bije w 32 bitach. Lubi grać bez minimapy i wspierać fanowskie projekty.

Komentarze