Jeśli klikniesz link i dokonasz zakupu, możemy otrzymać małą prowizję. Zobacz politykę redakcyjną.

Zagrałem w Live A Live i jestem zachwycony. Klasyki miały jednak to „coś”

Odświeżony japoński RPG znów magnetyzuje.

Live A Live jest jedną z bardziej wyjątkowych pozycji z gatunku jRPG ubiegłego wieku. To nietuzinkowa historia, opowiedziana w nietypowy sposób, z bardzo udaną mechaniką walki. Tytuł zyskał sporą popularność w Japonii w latach 90., ale w Polsce prawie nikt o tej grze nie słyszał. Teraz, na Nintendo Switch, mamy możliwość odkrycia, skąd wzięły się te wszystki zachwyty. Na dodatek mamy tu do czynienia z remake'em, który z pikselowej grafiki tworzy arcydzieło wizualnie ciekawsze niż Octopath Traveller.

Wyjątkowość Live A Live charakteryzuje struktura opowieści, która jest antologią. W grze nie wybieramy jednej postaci, której historię śledzimy od początku do końca. Gra ma ośmiu bohaterów, a każdy żyje w innym przedziale czasowym: w Prehistorii, w Antycznych Chinach, Feudalnej Japonii, na Dzikim Zachodzie, we współczesności, w odległej i dalszej przyszłości oraz w Średniowieczu i przeżywa zupełnie inne przygody i to od nas zależy, jaką epokę chcemy odwiedzić w pierwszej kolejności.

Powyższy obrazek nie oddaje tego, jak ciekawy systemem walki ma Live A Live

Podzielenie struktury opowieści na takie „nowele” oferuje sporo różnorodności zarówno w kwestii prezentowanych historii i bohaterów, ale też w formie prowadzenia narracji. Zupełnie inaczej gra się w skradankowe przygody wojownika ninja, niż samotnym rewolwerowcem rozprawiającym się z gangiem rabusiów, a jeszcze inaczej małym robotem na statku, przewożącym morderczy ładunek rodem z filmu „Obcy”.

Za historią idzie też całokształt stylu i reżyseria scen, które bezbłędnie tworzą filmowy charakter poszczególnych epok, tak często rekonstruowanych na srebrnym ekranie. Warto podkreślić, że jak na grę z malutkimi sprite'ami zamiast postaci, bardzo dużo zasobów poświęcono na nagranie dialogów, a sami aktorzy świetnie wczuwają się w swoje role - momentami jest z tego przyjemne słuchowisko. Odświeżona retro-grafika nadaje niezwykłej głębi i w połączeniu z muzyką legendarnej już Yoko Shimomury imponuje. To zaskakujące, jak z prostej wizualnie produkcji można zrobić coś, w czym widać serce twórców w każdym najmniejszym szczególe.

Każda epoka to z pozoru oddzielny twór z własnymi elementami i mini-grami, z mechanikami, których nie powtarzamy w innych etapach. Wszystkie historie łączy jednak turowy taktyczny model walki. Niezależnie od bohatera, walki odbywają się na arenach podzielonych siatką, po której poruszamy bohaterem (bądź grupą) i atakujemy zgodnie z wzorem ataku oraz tym ile pól możemy trafić. Można to nieco przyrównać do szachów, gdzie każdy atak jest figurą o odmiennym zasięgu i polu manewru. Banalne w swej prostocie i bardzo angażujące, a pula ataków do wybrania zwiększa aspekt strategiczny w ciekawy sposób. Każdy bohater reprezentuje inny zestaw ciosów, więc co rozdział nie tylko uczymy się inaczej grać, ale też widzimy, że model walki sam w sobie pozwala na sporą różnorodność.

Nad Live A Live można się sporo rozwodzić, gdyż w całokształcie gra jest bardzo wyjątkowa, a lekka forma dzieląca całą kampanię na rozdziały historyczne, po których możemy dowolnie przeskakiwać to przepis na przyjemną zabawę - idealną dla Nintendo Switch. Nie jest to jednak gra idealna.

Dziki Zachód to zdecydowanie coś niespotykanego w gatunku jRPG

Odmienne epoki i ich reżyserie niosą za sobą ryzyko, że pewne miejsca najzwyczajniej w świecie nie każdemu się spodobają. Dla jednych skradanie się w feudalnej Japonii będzie kompletną nudą, a inni mogą mieć uczulenie na westernowe klimaty. Walki z dzikimi psami w Prehistorii też mogłyby być nieco bardziej różnorodne, gdyż w kilku identycznych starciach czuć braki na tym poziomie. Jak ktoś zacznie przygodę od dalekiej przyszłości, to też może się zrazić, gdyż tamten etap ma więcej dialogów niż walki. Czuć też nierówny poziom scenariusza.

Niemniej, klamra kończąca opowieść, wyjaśniająca powiązanie wszystkich bohaterów jest pozytywnym zaskoczeniem i historią przekazującą morał dobrze już znany, lecz przyjemnie zaprezentowany. Należy się też dodatkowy punkt za odmienność zakończeń, co ma związek z doborem bohatera w końcowym etapie.

Live A Live ukazało się bardzo blisko premiery Xenoblade Chronicles 3 i w konsekwencji jest w cieniu tego ogromnego tytułu na setki godzin rozgrywki. Jest to jednak gra na tyle wyjątkowa i dopracowana, że zasłużyła na uwagę odbiorców. To świetny klasyk w wersji na tyle odświeżonej, że zyskał jeszcze więcej wartości i warto dać mu szansę.

O autorze

Awatar Łukasz Winkel

Łukasz Winkel

Recenzent

Zakochany w grach od dziecka. Transhumanista duchem, postmodernista z lenistwa.

Komentarze