Skip to main content

Metroidvania w sosie orientalnym. Recenzja Prince of Persia: The Lost Crown

Książę powraca w świetnej formie.

Eurogamer.pl - Rekomendacja odznaka

Książę Persji powrócił i chociaż nie wygląda do końca tak, jak go zapamiętaliśmy, to The Lost Crown jest świetną grą - nie tylko wzorcowym przedstawicielem gatunku metroidvania, ale też po prostu bardzo dobrze wykonaną platformówką akcji.

W grze wcielamy się w Sargona, najmłodszego członka drużyny tzw. Nieśmiertelnych. Tytuł podchodzi dość swobodnie do kwestii tego, czym była faktyczna historyczna formacja i w tej wersji są oni „po prostu” grupą siedmiu najpotężniejszych wojowników w Persji. Radosno-gorzkie świętowanie z okazji odparcia w krwawej bitwie najazdu wrogich wojsk zostaje nagle przerwane, kiedy do bohatera dociera wieść o porwaniu przez zdrajcę tytułowego Księcia.

Nieśmiertelni wyruszają więc na misję ratunkową, która prowadzi ich do fortecy na górze Qaf - dawniej potężnego miasta będącego bogatą stolicą imperium i siedzibą boga Simurga. Lata wcześniej doszło tu jednak do tajemniczego kataklizmu, w wyniku którego opiekuńcza istota zaginęła, a ludność została zdziesiątkowana.

Zobacz na YouTube

Po dotarciu na miejsce drużyna odkrywa, że całe miasto zostało pochłonięte przez dziwną anomalię. Wojownicy, którzy dotarli na miejsce zaledwie dzień wcześniej, wydają się martwi od lat, godziny zdają się trwać całe dnie, rozpadający się posąg został zamrożony w czasie, a zmarli powracają do życia. Nie wiedząc, z czym przyszło im się zmierzyć, Nieśmiertelni rozdzielają się, a każdy rozpoczyna przeczesywanie twierdzy na własną rękę.

Wzorem innych najnowszych gier Ubisoftu, grę możemy przełączać między dwoma trybami: eksploracyjnym oraz kierowanym. W pierwszym z nich mapa pozbawiona jest większości znaczników, a lokacji naszego następnego celu musimy domyślić się sami, korzystając jedynie ze wskazówek innych postaci oraz znaków wizualnych. Kierowany natomiast sprawia, że eksploracja staje się łatwiejsza, co jednak nie oznacza, że jest łatwa.

Niejednokrotnie kolejne zadanie będzie znajdowało się daleko poza odkrytym obszarem mapy, a drogę do niego w labiryncie ślepych uliczek, zablokowanych przejść, zagadek oraz pułapek i tak musimy zwykle odszukać samodzielnie. A trzeba przyznać, że dostępny do eksploracji obszar w grze jest naprawdę duży i bez zerkania co jakiś czas na mapę stosunkowo łatwo się zgubić, nawet na już poznanym obszarze.

Podobnie jak w większości innych gier z gatunku metroidvania, kluczowym elementem rozgrywki są punkty kontrolne, których rolę tutaj pełnią złote drzewa Wak-wak. Wejście z nimi w interakcję spowoduje zapisanie gry (chociaż autosave np. przed walką z bossem też się pojawia), a także odnowienie naszego zdrowia, zapasu strzał i mikstur leczniczych. Jest to też jedyne miejsce, gdzie możemy zmienić noszone aktualnie talizmany i używane ataki specjalne.

Okolice drzew pełnią także rolę oazy, gdzie nie spotkamy przeciwników i możemy złapać chwilę oddechu oraz na spokojnie przemyśleć nasze kolejne kroki. Dostrzeżenie unoszących się na wietrze złotych liści to oznaka, że Wak-wak znajduje się w pobliżu, więc taki widok potrafi sprawić niemałą radość podczas przechodzenia długiego i trudnego etapu.

Trzeba jednak pamiętać, że użycie punktu kontrolnego spowoduje odrodzenie się wrogów na oczyszczonych wcześniej obszarach. W eksploracji pomogą nam także specjalne ołtarze, pełniące funkcję punktów szybkiej podróży, pomiędzy którymi możemy się teleportować. Nie będziemy jednak na nie natrafiać na każdym kroku i nierzadko czeka nas jeszcze spora podróż piechotą, aby dotrzeć do miejsca, do którego chcemy się udać.

W grze możemy robić „zdjęcia” niedostępnych na razie obiektów, aby wrócić do nich później

Warto jednak czasami zboczyć z najbardziej oczywistej ścieżki, ponieważ różne zakamarki góry Qaf kryją nowe moce, misje poboczne i wartościowe łupy, takie jak trwale zwiększające zdrowie płatki z drzewa Soma oraz sztabki Stali Damasceńskiej i monety Kserksesy, które niezbędne są do ulepszania naszego ekwipunku u kowala.

Oczywiście jak przystało na charakterystyczny gatunek gry, niejednokrotnie trafimy na miejsca, do których (jeszcze) nie możemy wejść. Tytuł oferuje jednak ciekawy mechanizm robienia przypinanych do mapy zdjęć, dzięki którym możemy śledzić co i gdzie się znajduje, a potem wrócić w dane miejsce po zdobyciu nowych mocy.

Na nasz ekwipunek składają się przede wszystkim wspomniane wcześniej, oferujące różne bonusy talizmany - te możemy znaleźć lub kupić w sklepach, a liczba możliwych do noszenia jednocześnie amuletów zależy od tego, ile slotów na naszym naszyjniku odblokujemy. W grze dostępne są jednak tylko dwa rodzaje oręża - miecze Sargona oraz odblokowywany później łuk. Jeśli więc chcielibyśmy mieć broń o większym zasięgu lub chociażby zwiększonej prędkości ataku, to niestety nie mamy opcji zmiany uzbrojenia.

W grze znajdziemy talizmany dające zróżnicowane bonusy. Ulubione możemy ulepszyć

Sam system walki jest dobrze zaprojektowany i sprawia dużo satysfakcji. Combosy wykonuje się bardzo prosto, łącząc szybkie lub długie wciśnięcie przycisku ataku z wychylaniem gałki analogowej w różnych kierunkach, ewentualnie włączając w kombinację klawisze odpowiedzialne za aktywacje poszczególnych specjalnych mocy. Należy jednak pamiętać, że próba bezmyślnego zasypywania wroga gradem ciosów nie zda w grze egzaminu, a opanowanie robienia uników, parowania ciosów i wykonywania zabójczych kontr staje się kluczowe do przetrwania dłużej, niż przez kilka pierwszych godzin gry.

Nietypowo wypadają natomiast walki z bossami, które są... dziwnie łatwe. W czasie mojej zabawy z grą z rzadka zdarzało się, że zaciąłem się na starciu z którymś „szefem” na dłuży czas i odpowiednią strategię wypracowywałem już przy drugim czy trzecim podejściu. Głównie problemy wynikały z tego, że w momencie dotarcia do danego wroga nie miałem dostatecznie ulepszonego ekwipunku, a po cofnięciu się do kowala oraz ewentualnym „wyfarmieniu” nieco waluty po drodze starcie stawało się znacznie prostsze - tytuł zresztą jest przygotowany na takie sytuacje i tuż przed ważną bitwą zwykle znajdziemy punkt zapisu i ołtarz teleportacji.

Zdecydowanie więcej problemów (i frustracji) sprawiały mi niektóre sekcje platformowe, które potrafią być naprawdę wymagające, zmuszając nas do szybkich reakcji i błyskawicznej dedukcji, w którym miejscu powinniśmy użyć danej mocy. Nie pomaga w tym fakt, że twórcy z jakiegoś powodu upodobali sobie rozstawianie w tego typu etapach licznych raniących kolców, rozpadających się platform oraz ruchomych filarów czy skał, które rozgniotą nas, jeśli staniemy w jakimś miejscu na dłużej niż sekundę.

W trybie wspomaganym widzimy na mapie cele misji. Jak do nich dotrzeć - to już inna sprawa

Na koniec wypada wspomnieć o grafice i kwestiach technicznych gry. Rzadko w swoich recenzjach poruszam kwestię oprawy wizualnej, wychodząc z założenia, że każdy na podstawie screenów może wydać własną subiektywną ocenę, jednak nowy Książę wygląda po prostu... brzydko. Nie chodzi mi tu o kreskówkowo-młodzieżowy styl graficzny, ale przede wszystkim niskiej jakości tekstury, które we wszelkich zbliżeniach podczas przerywników sa nieprzyjemnie niewyraźne.

Także w modelach postaci zdaje się brakować konsekwencji w tym, czy i kiedy dana postać będzie poruszać ustami podczas dialogów. Chcę zaznaczyć jednak, że podczas głównego etapu zabawy, kiedy kamera jest oddalona, a na ekranie dzieje się sporo, zupełnie nie zwracamy uwagi na detale grafiki, jednak we wszelkich cutscenkach może to kłuć w oczy.

Nie mogę natomiast złego słowa powiedzieć o optymalizacji. Tytuł chodzi bardzo płynnie, a nieliczne błędy, na jakie trafiłem podczas zabawy, w żadnym wypadku nie psują doświadczenia. Były to jedynie drobne usterki, takie jak widmo głównego bohatera w jednej z zagadek logicznych poruszające się w T-pose. Deweloperzy zapowiedzieli już jednak obszerny patch premierowy, który zapewne naprawi tego typu problemy. Niechlujnie natomiast wypadła polska kinowa wersja językowa, która potrafi czasem zaskoczyć dziwaczną odmianą wyrazów czy okazjonalnym „zgubieniem” polskich znaków, przez co np. zamiast „zakręt” mamy „zakret”.

Niskiej jakości tekstury kłują w oczy podczas zbliżeń

Prince of Persia: The Lost Crown to bardzo wysokiej jakości gra, przy której świetnie się bawiłem. Nawet jeśli ortodoksyjnemu fanowi serii ciężko będzie ją uznać za kolejne, pełnoprawne wydanie na miarę Piasków czasu, Duszy Wojownika i Dwóch Tronów, a jedynie swego rodzaju spin-off, to i tak jest to pozycja zdecydowanie warta ogrania. Miłośnicy metroidvanii, którzy zęby zjedli na Hollow Knight, Bloodstrained, czy Dead Cells, mogą uznać tytuł za pozycję obowiązkową, a dla nowicjuszy będzie to doskonałe zapoznanie z gatunkiem.

Za produkcję gry odpowiada studio Ubisoft Montpellier, które na swoim koncie ma między innymi Rayman Legends i Origin oraz dwie odsłony Valiant Hearts. Jest to więc studio zaprawione w tworzeniu produkcji 2D i doświadczenie to widać bardzo dobrze. Zarówno elementy platformowe, jak i walka są dobrze zaprojektowane, oferując graczowi uczciwe wyzwanie.

Ocena: 9/10

Plusy:
+ Różne poziomy trudności i dwa tryby nawigacji do wyboru
+ Uczciwe wyzwanie
+ Duża mapa do eksploracji
+ Długa kampania na przynajmniej 25 godzin
+ Przyjemna do śledzenia fabuła z wieloma listami i tabliczkami rozszerzającymi lore gry
+ Walki z bossami są stosunkowo proste (zaleta, jeśli nie lubimy zaciąć się na takiej walce na dłużej)
+ Niskie wymagania sprzętowe na PC i dobra optymalizacja
Minusy:
- Niskiej jakości tekstury
- Usterki w polskim tłumaczeniu
- Walki z bossami są stosunkowo proste (wada, jeśli nie lubimy zbyt łatwych starć)

Recenzja została przygotowana na podstawie egzemplarza dostarczonego nieodpłatnie przez wydawcę.

Zobacz także