Jeśli klikniesz link i dokonasz zakupu, możemy otrzymać małą prowizję. Zobacz politykę redakcyjną.

Resident Evil powstało z martwych. Pomogła moda na horrory

O tym jak Capcom wykorzystał swoją szansę.

W 2012 roku po wydaniu Resident Evil 6 i krytyce całkowitego pójścia w stronę akcji, coś w studiu Capcom pękło.

To nie była zła gra, ale seria od dłuższego czasu podążała za aktualnymi trendami, całkowicie zapominając o swoich korzeniach. W końcu ktoś wysoko postawiony w japońskiej firmie powiedział dość. Prawdopodobnie odbyła się burza mózgów i została podjęta decyzja, która w przeciągu lat, odmieniła serię nie do poznania i zarobiła dla Capcom ogromne pieniądze. Odważny krok się opłacił, a Resident Evil ponownie święci triumfy.

Podczas tej kolacji nie pomoże nawet, wspomagający apetyt, syrop Apetizer

Przez całe życie, studio Capcom dostarczało mi niezwykłe pokłady radości za sprawą swoich gier. Wystarczy wymienić właśnie serię Resident Evil, Dead Rising czy Devil May Cry, a na twarzy pojawia się uśmiech, przywołujący setki godzin wspomnień. Nie zawsze było kolorowo, ale w większości plany i decyzje tego japońskiego dewelopera były udane. Szczególnie, jeśli chodzi o zawrócenie serii Resident Evil na właściwe tory i chęć ponownego straszenia graczy. Pamiętam jak w 2016 roku podczas targów E3 w Los Angeles, z niedowierzaniem oglądałem premierowe doniesienia o Resident Evil 7. Pierwsze materiały zawierały całkiem inną atmosferę, momentami przytłaczający klimat oraz nie zaimplementowano w nich elementów ciągłego strzelania. Byłem w szoku.

Cieszyłem się jak dziecko, z wypiekami na twarzy oczekując nowych doniesień. W tę przemianę uwierzyłem dopiero, kiedy reżyser Koushi Nakanishi w jednym z wywiadów zapewnił - to jest survival horror. Ostatecznie okazało się, że twórca nie rzucał słów na wiatr, a ja na długo zapamiętam wizytę w rezydencji rodziny Bakerów. Poszukiwania zaginionej żony na totalnym odludziu, obskurne lokacje, gęsta atmosfera i zmiana kamery na perspektywę pierwszej osoby - Resident Evil ponowie straszył, a praca twórców została doceniona. Koszmar Ethana to prawdziwy strzał w dziesiątkę, bo najnowsze wyniki sprzedaży prezentują się wybornie. Już 11 milionów graczy postanowiło sprawdzić ten tytuł i jest to rekord tej marki.

Capcom poszedł za ciosem i dwa lata później wydał remake Resident Evil 2 (10 mln sprzedanych kopii). Wtedy stało się jasne, że horrory znów są na fali, a japońskie studio wcale nie zamierza zwalniać tempa, mając już w produkcji następną pełnoprawną część. Kolejny rok to kolejny remake i choć premiera Resident Evil 3 wypadła o wiele gorzej niż poprzedniczka, to 5,4 miliona graczy również robi wrażenie. Miłośnikom dreszczy podczas grania to nie wystarczyło, bo wyczekiwali już ósmej części, a Capcom wreszcie zaprezentował Village, robiąc furorę jedną z postaci - Lady Dimitrescu.

Tajemnicza wysoka dama w wielkim kapeluszu na wiele miesięcy przed premierą zwiastowała kolejną udaną część i pieczołowicie napisane postaci. Capcom kolejny raz nie zawiódł graczy i nowe spotkanie z Ethanem w tytułowej wiosce, okazało się udane. Gra do tej pory sprzedała się w liczbie 6,4 miliona egzemplarzy, a ja wciąż mam ciarki, kiedy pomyślę o przerażającym etapie w domu Beneviento. Deweloper z Kraju Kwitnącej Wiśni zdaje sobie sprawę z mocnych punktów swojej flagowej marki i już w marcu 2023 roku ukaże się Resident Evil 4 Remake, zapowiedziany podczas imprezy State of Play. Dla fanów tej serii będzie to ukoronowanie straszenia na ekranie i powrót do jednej z najlepszych części.

Village - delegacja powitalna tytułowej wioski. O chlebie i soli, nie było mowy

Straszenie znów jest na fali, bo wystarczy wymienić dobrze przyjętą antologię The Dark Pictures, serię Little Nightmares, taśmowo wydawane gry studia Bloober Team z The Medium na czele czy ostatnio wydany horror The Quarry. Nadchodzą remake Dead Space, świetnie zapowiadające się The Callisto Protocol, Quantum Error czy makabryczne Scorn. Jednak to Capcom zbiera największe plony, bo twórcy znakomicie wyczuli „modę” na horrory, postawili wszystko na jedną kartę i dalej, konsekwentnie trzymają się mrocznej atmosfery w swoich grach. Oby trwało to jak najdłużej.

O autorze
Awatar Marcin Wronka

Marcin Wronka

Felietonista

Wirtualnie zakręcony od dekad. Lubi piłkę nożną i mocniejsze muzyczne brzmienia. Tęskni do czasów Commodore 64, gdy psujące się joysticki oznaczały koniec świata. Amator fotografii.

Komentarze