Jeśli klikniesz link i dokonasz zakupu, możemy otrzymać małą prowizję. Zobacz politykę redakcyjną.

To nie jest recenzja Doktor Strange 2. Oglądałem najbrutalniejszy z filmów Marvela

Disney wychodzi poza schemat.

Marvel przyzwyczaił widzów do utartych schematów - każdy kolejny film to, z grubsza, familijne kino, urozmaicone humorem i rozwałką, ale w przyjaznej formule. Z tym większym zdziwieniem i zadowoleniem przyjąłem fakt, że „Doktor Strange w multiwersum obłędu” okazał się produkcją, która wychodzi poza dotychczasowe ramy.

Wraz z premierą „Avengers: Koniec gry” zakończył się bardzo ważny etap Kinowego Uniwersum Marvela - zwycięstwo nad Thanosem zwieńczyło trwającą ponad dziesięć lat sagę, prowadząc do eksplozji budowanego przez dziesiątki filmów napięcia, a widzowie pożegnali kilka postaci, które były z serią od początku. Przed twórcami stało trudne zadanie utrzymania zainteresowania fanów przy jednoczesnym wypełnieniu luki po lubianych bohaterach, których już pożegnaliśmy.

Nie będę ukrywał: mam mieszane uczucia, co do efektów pracy magików z Disneya i Marvela po wygranej nad Szalonym Tytanem. Tak naprawdę jedynymi filmami, które przyprawiły mnie o szybsze bicie serca, były dwie części o Spider-Manie (ba, „Bez drogi do domu” uważam za jedną z najlepszych odsłon MCU), przy czym niewykluczone, że to zasługa mojej miłości do pajęczego herosa. „Shang-Chi” i „Eternals” były udane, ale nie wywołały efektu wow. To nie ta liga.

Przyszedł wreszcie „Doktor Strange w multiwersum obłędu”. Przed seansem natknąłem się na opinie, jakoby to było coś nowego dla Kinowego Uniwersum Marvela, istny powiew świeżości. Nie dawałem temu wiary, bo nauczyłem się już, żeby przedpremierowe zachwyty wobec przygód trykociarzy w wykonaniu koncernu Myszki Miki traktować z mocnym dystansem, podobnie jak obietnice twórców.

Teraz jednak mogę z czystym sumieniem napisać: to jeden z najbrutalniejszych filmów Marvela - a przynajmniej spośród tych wchodzących w skład MCU. Reżyser Sam Raimi (twórca skądinąd pierwszej trylogii Spider-Mana z Tobym Maguirem w roli Petera Parkera) stanął na wysokości zadania, by pokazać brutalność w ramach ograniczeń wiekowych PG-13.

Wspomniana „brutalność” przejawia się w dwóch aspektach - wizualnym, czyli tym, co widać na ekranie, a także subtelnym, a więc związanym z zachowaniem oraz postępowaniem bohaterów. Nowe przygody Doktora Strange’a nie są może typowym horrorem, ale mają wiele wspólnego z produkcjami grozy. Twórcy nie stronią od jump-scare’ów i innych typowych dla gatunku zagrywek. Jestem z tych osób, które nie lubią się w kinie bać i mam niską tolerancję na różnego rodzaju strachy, więc niektóre sceny oglądałem z podwyższonym tętnem.

Tylko w tym filmie zobaczymy Doktora Strange'a jako zombie

Na szczególną uwagę zasługują sekwencje, w których postacie są zabijane w obrazowy i mocny sposób. Nie będę wnikał w detale, żeby nie popsuć seansu widzom, którzy jeszcze nie mieli okazji zapoznać się z nową odsłoną MCU, ale zapewniam: czegoś takiego w tej serii jeszcze nie widzieliście. Autorzy łamią dotychczasowe schematy, o czym świadczy na przykład obecność zombie-Strange’a - tak, w filmie pojawiają się ożywione, zgniłe zwłoki.

Brutalność na poziomie symbolicznym dotyczy zaś (w głównej mierze, choć nie tylko) antagonisty. To bardzo tragiczna postać, której jesteśmy w stanie współczuć - nawet jeżeli nie zgadzamy się z jej postępowaniem. Mam nawet wrażenie, że to najlepszy przeciwnik w historii Kinowego Uniwersum Marvela, przebijający nawet chwalonego wszem i wobec Thanosa. To nie jest klasyczny złoczyńca, a jego motywacje, choć są skrzywione, dobrze pojmujemy.

Problem w tym, że pełne zrozumienie opowieści wymaga znajomości nie tylko nowych przygód Doktora Strange’a, ale też serialu zrealizowanego dla Disney+, który oficjalnie nie jest dostępny w Polsce. Projekt jest istotnym wstępem do historii przedstawionej przez Sama Raimiego i spółkę. Jeżeli ktoś nie zapoznał się z odcinkową produkcją, z kina najpewniej wyjdzie z nieco uboższym doświadczeniem, czego dowodzi przykład osoby, która towarzyszyła mi w trakcie seansu - nie wszystkie rozwiązania fabularne okazały się dla niej zrozumiałe.

W filmie powracają postacie z poprzednich odsłon MCU

Film może u niektórych budzić mieszane uczucia. Jeżeli ktoś spodziewał się dużej liczby gościnnych występów i odniesień do kultowych bohaterów - srogo się zawiedzie. Tych oczywiście nie brakuje, ale są w mniejszej liczbie niż można byłoby się spodziewać. Dla mnie nie był to wielki kłopot, wręcz przeciwnie, bo dzięki temu mogłem skupić się na głównej historii. Nie zmienia to jednak faktu, że jak na „multiwersum obłędu” twórcy pokazali niewiele alternatywnych światów. Brakowało mi jeszcze dwóch lub trzech innych rzeczywistości. Ale nie można mieć wszystkiego.

„Doktor Strange w multiwersum obłędu” wywołuje skrajne opinie - od zachwytów po jęki rozczarowania. Sam początkowo dość surowo oceniałem najnowsze przygody Najwyższego Maga (bo mało nawiązań do pozostałych herosów, bo mało alternatywnych światów), ale kiedy ochłonąłem uświadomiłem sobie jak odważna to produkcja. Nie jest to może najlepsza odsłona MCU, ale zdecydowanie plasuje się w czołówce Kinowego Uniwersum Marvela.

O autorze

Awatar Piotr Bicki

Piotr Bicki

News Editor

Piotrek zajmuje się głównie tekstami informacyjnymi. Miłośnik kilku popularnych serii gier oraz wielbiciel superbohaterów i fantastyki.

Komentarze