Jeśli klikniesz link i dokonasz zakupu, możemy otrzymać małą prowizję. Zobacz politykę redakcyjną.

Polubiłem się z trofeami i calakowaniem gier. Jest jeden warunek

Droga do celu.

Trofea, osiągnięcia, platyny i calaki – to określenia, wobec których niektórych gracze przechodzą obojętnie, a innych z kolei przyciągają jak magnes i nie wyobrażają sobie rozgrywki bez zdobywania kolejnych „pucharków”. Czy calakowanie i platynowanie gier może być ciekawym urozmaiceniem rozgrywki, czy raczej jest tylko niepotrzebnym i przeszkadzającym elementem gameplayu? Spróbuję was przekonać, że droga do celu daje więcej przyjemności niż dotarcie do niego.

Jeszcze jakiś czas temu nie byłem zainteresowany zdobywaniem trofeów. Wręcz przeszkadzało mi, gdy pojawiła się informacja na ekranie, że zdobyłem coś, co nie ma tak naprawdę większej wartości. Pewnego razu postanowiłem zmienić ten stan rzeczy i wyznaczyłem sobie jasny cel - zdobędę platynowe trofeum. Nie miałem wówczas żadnego na swoim koncie, więc było to dla mnie swoistym wyzwaniem. Potraktowałem to jako jednorazowy sprawdzian wytrwałości. Jedna „platyna” wystarczy – pomyślałem – by zaspokoić moje ego gracza.

Zacząłem platynować gry od Days Gone i tak zaczęła się moja przygoda z trofeami

Wybór padł na Days Gone. Po ukończeniu głównego wątku fabularnego przejrzałem listę niezdobytych trofeów i ruszyłem do zadania. Nowsze tytuły produkowane przez Sony mają raczej nieskomplikowany zestaw osiągnięć i zazwyczaj nie zawierają „trofek”, które można pominąć, np. nie zbierając jakieś znajdźki w danym etapie gry, którego później nie można powtórzyć.

Nie wyobrażam sobie wielokrotnie powtarzać tych samych fragmentów w grze, po to by dokonywać konkretnych wyborów. Szczególnie w filmowych grach nastawionych na fabułę, które robią wrażenie tylko za pierwszym podejściem. W The Quarry nie brakuje takich trofeów.

I jakoś poszło. O dziwo, choć czasami było monotonnie, ale czynności, które musiałem wykonać dodatkowo, podobały mi się. Sprawdzanie, czego jeszcze brakuje, by osiągnąć cel, stało się ciekawym zajęciem. Pierwsza platyna pojawiła się na moim profilu. Mój honor gracza został uratowany, moja duma zaspokojona, mogłem więc wynieść konsole i komputer na strych, którego nie posiadam, i udać się do „growej” Walhalli.

Jakiś czas później uruchomiłem Tekkena 7. Trofea zaczęły lawino wpadać na moje konto za wykonanie najprostszych rzeczy, a platyna wbijała się praktycznie sama. Sprawdziłem, jakich osiągnięć jeszcze mi brakuje. Wiedziałem, że największą przeszkodą było wygranie kilkunastu walk online. Jako że jestem najgorszym graczem bijatyk w historii wirtualnej rozgrywki, myślałem, że to będzie nie lada wyzwanie.

Przy okazji Tekkena 7, dzięki trofeom zainteresowałem się trybem multiplayer...

Okazało się, że istnieją ludzie jeszcze gorsi ode mnie i jestem w stanie pokonać kilku rywali moim Yoshimitsu - i nawet wygrać jakiś mini-turniej. Gdyby nie cztery trofea związane z trybem multiplayer, prawdopodobnie nigdy nie zainteresowałbym się rozgrywką online w Tekkenie 7. A tak, nie dosyć, że zdobyłem drugą platynę, to jeszcze wracałem do trybu jeden na jednego, by złoić cztery litery kilku zawodnikom, dostając - a jakże! - srogi łomot od hardcore’owych wyjadaczy. Wspominam to jednak jako ciekawe doświadczenie - przemogłem się bowiem, by zagrać w bijatykę online.

Pomimo dość łatwej platyny w Tekken 7, to trofeum zdobyło zaledwie 2,6% graczy.

Z czasem okazało się, że kolekcjonowanie trofeów może być atrakcyjne. Droga do celu – czyli wykonywanie czynności na pozór niepotrzebnych - stało się dodatkowym, ale też ciekawym urozmaiceniem rozgrywki. Parafrazując, nie chodzi bowiem o złapanie króliczka. Gonitwa jest o wiele bardziej ekscytująca. Szczególnie jeśli gra odkrywa przed nami obszary, o których wcześniej nie wiedzieliśmy lub nie byliśmy nimi zainteresowani.

I tak właśnie wciągnąłem się w tryb multiplayer w Gran Turismo 7. Trofeum polegające na przejechaniu 50 wyścigów na początku wydawało się czasochłonne. Rywalizacja z prawdziwymi graczami przynosi więcej emocji, a gdy zauważasz, że twoje umiejętności wzrosły na tyle, że możesz konkurować z nimi, nawet nie spostrzegłem, kiedy wspomniane osiągnięcie pojawiło się na moim profilu.

Ponowne przejście gry, by zdobyć upragnione trofeum? To już przesada

W Nioh 2 – z kolei – należało wymaksować każdy typ broni. Zazwyczaj, jeśli w jakieś grze znajdę dobry oręż, nie chce mi się potem szukać lepszego i uczyć się nowych ruchów. W drugiej części Nioh zostałem do tego zmuszony, bo taki był wymóg zdobycia platynowego trofeum. Opuściłem więc swoją strefę komfortu, by przekonać się, że innymi broniami wcale nie walczy się gorzej. Co więcej, korzystanie z innego uzbrojenia odświeżyło moją schematyczną rozgrywkę.

Moja osobista perła w koronie. Splatynowanie Gran Turismo 7 zajęło mi kilka długich tygodni. Nie żałuję, bo bawiłem się świetnie i wracam do tej gry regularnie.

Powtórne przechodzenie gry tylko dlatego, by otrzymać „pucharek” wydaje się zbędną stratą czasu - i trudno się z tym nie zgodzić. Dlatego też - póki co - odpuszczam calakowanie Final Fantasy VII Remake, które właśnie kończę. Jednym z osiągnięć bowiem jest ponowne przejście gry, tym razem na najwyższym poziomie trudności, który odblokowuje się po pierwszym ukończeniu gry. Zazwyczaj zrezygnuję z tego typu trofeów, chyba że po jakimś czasie chcę sobie odświeżyć jakąś historię.

Jednak jeśli twórcy gry zaimplementują ciekawe kryterium, to czemu by nie drugi raz nie ukończyć dobrego tytułu? W Resident Evil Village należało przejść w mniej niż trzy godziny. Pamiętam doskonale emocje, które towarzyszyły mi podczas rozgrywki. Z zegarkiem w ręku pokonywałem kolejne – znane mi już – lokacje. Presja czasu zmieniła moje podejście do rozgrywki. Zamiast zaglądać w każdy kąt i gromadzić zasoby, przemykałem przez kolejne pomieszczania, starając się, tam gdzie to było możliwe, omijać przeciwników i nie tracić czasu na walkę.

Ze zdobywania trofeów musi płynąć autentyczna przyjemność, a nie smutny obowiązek

Oczywiście, takie warunki możemy sami sobie nałożyć i mogą być nawet ciekawsze niż te, które zaproponują twórcy, ale nie kryje się za nimi żadna nagroda, oprócz satysfakcji. Zestaw osiągnięć powinien być na tyle atrakcyjny, by zachęcić graczy do pokonywania kolejnych wyzwań, a nie marnotrawić ich czas.

Zbieranie ton znajdziek w Asasynach czy bieganie po Shibui w Ghostwire Tokyo, by wciągnąć do budki telefonicznej tysiące duchów, jest – według mnie - nieciekawym i nic nie wnoszącym elementem rozgrywki. Tego typu czasochłonne czynności odpuszczam. Nie jestem jednak przeciwnikiem znajdziek, o ile nie jest ich przesadnie dużo, a ich zebranie wiąże się z nagrodą.

Bieganie po całej mapie w poszukiwaniu „duszków” z pewnością nie należy do pasjonujących zajęć. Twórcy w Ghostwire Tokyo przesadzili z ich liczbą.

Zbieranie trofeów może okazać się naprawdę intrygującym doświadczeniem, ale tylko pod kilkoma warunkami. Przede wszystkim musi płynąć z tego przyjemność, a nie obowiązek, który ma nas doprowadzić tylko do zdobycia nienamacalnego pucharu. Jeśli więc mamy coś robić na siłę, to nie róbmy tego wcale. Nie ma bowiem sensu poświęcać dodatkowego czasu, jeżeli gra nam się nie podoba lub ma bardzo skomplikowany i czasochłonny zestaw osiągnięć.

Mimo wszystko, jeśli nie przepadacie za trofeami, zerknijcie, jakich osiągnięć jeszcze brakuje wam w waszych ulubionych grach – może i wy dostrzeżecie króliczka.

O autorze
Awatar Marcin Dolata

Marcin Dolata

Senior Guide Writer

Marcin zajmuje się w Eurogamer.pl tworzeniem poradników. Pierwsze gry uruchamiał spod DOS-a na monochromatycznym monitorze. Świetnie bawi się grając zarówno na PC, jak i konsoli.

Komentarze