Jeśli klikniesz link i dokonasz zakupu, możemy otrzymać małą prowizję. Zobacz politykę redakcyjną.

Nintendo ma kolejnego hack’n’slasha. Fire Emblem Warriors: Three Hopes - recenzja

Alternatywna historia pewnego fikcyjnego państwa.
Drugie, całkiem udane podejście do serii Fire Emblem pod postacią skupionego na akcji hack'n'slasha.

Trzy lata po premierze Fire Emblem: Three Houses, wracamy na kontynent Fódlan, ale nie jest to dokładnie ten sam świat. Mamy do czynienia z alternatywną historią. Główny bohater Three Houses jest teraz czarnym charakterem, a my wcielamy się w nieznanego dotąd najemnika, który musi go pokonać. Dodatkową nowością w Three Hopes jest zmiana gatunku z turowej strategii na musou, czyli grę akcji, gdzie bohater jednym ciosem obala całe zastępy wrogów.

Po szybkim wprowadzeniu fabularnym odkrywamy, kto jest naszym głównym wrogiem i jako nowy bohater (bądź bohaterka) - Shez - przyłączamy się do Edelgard, Claude'a, Dimitri i im oddanym oficerom w kampanii, która prowadzi nas przez rozliczne batalie. Finał opowieści, podobnie jak w oryginale, zależy od tego, po jakiej z trzech stron finalnie się opowiemy.

Miejsca na drobne historie jest całkiem sporo. W przerwach między starciami regularnie zacieśniamy więzi z ważniejszymi postaciami, a każda decyzja owocuje poprawą lub pogorszeniem relacji z daną postacią. Przyznam, że pozytywnie zaskoczyła mnie liczba przerywników i rozmów - zupełnie nie byłem przygotowany na tak mocny nacisk na fabułę.

Nowy protagonista macha dwoma mieczami niczym mistrz robienia kebabów i mikser w jednej osobie

Sednem serii Warriors jest jednak walka. Musou, jako odmiana gier hack'n'slash, cechuje się bieganiem po korytarzowych mapach i atakowaniem coraz to większych bezmyślnych mas wrogów, skupiając się na liderach grup, którzy pełnią role mini oraz pełnoprawnych bossów. Mało tu z pozoru miejsca na jakiekolwiek decyzje strategiczne.

Nie jest to jednak do końca prawda, gdyż Three Hopes posiada kilka elementów strategicznych wplecionych w pełną akcji rozgrywkę. W pierwszej kolejności dość istotnym elementem jest dobór kompanów, którymi steruje komputer, ale w każdej chwili możemy przejąć nad nimi kontrolę, zamiast Shez.

Wybór grywalnych wojowników zależy również od frakcji, za którą się opowiemy. Kompanom możemy w trakcie walk wydawać proste polecenia, wyznaczając konkretne cele do pokonania i przejęcia danego fragmentu mapy. Moglibyśmy przełączać się między herosami, lecz dobranie odpowiedniego bohatera i wyznaczenie mu celu do wykonania w co intensywniejszych starciach po prostu jest efektywniejsze.

Postaci znane z oryginału powracają w całkiem pokaźnej liczbie

Sama walka to dobra zabawa z racji coraz to większej puli ataków, które mimo prostoty kombinacji (np. słaby atak + słaby atak + słaby atak + mocny atak) są na tyle widowiskowe, że chce się kosić coraz więcej i więcej oponentów. Ładujące się dodatkowo paski ataków specjalnych i ukrytych aktywowanych mocy sprawiają, że czujemy stały przypływ adrenaliny i frajdy. Bawiłem się zdecydowanie lepiej niż w innych grach z tego specyficznego gatunku.

Głównym wyzwaniem jest ogarnięcie wszystkich celów na mapie i unikanie utraty dominującej pozycji na przejętych obszarach, przy równoczesnym pokonywaniu wrogich oficerów. Obalenie ich wymaga nieco więcej zachodu, niż tylko machanie bronią na lewo i prawo. Jedyne co przeszkadza w walce to dodatkowe cele bądź wątki fabularne, o których informowani jesteśmy dość gwałtownie, nierzadko przerywnikiem w trakcie trwającej walki. Można się do tego przyzwyczaić, choć jest to nieco uciążliwe, kiedy akurat chcemy wyprowadzić konkretną serię ataków.

Zaskakująco często podejmujemy drobne decyzje dialogowe, które w większości przypadków odbijają się na relacjach z innymi postaciami

Zmienianie z marszu sterowanej postaci to ciekawe urozmaicenie, kiedy mamy dość konkretnego typu broni, bądź też po prostu chcemy spróbować nieco innej formy rozgrywki. Tutaj wszystko jest widowiskowe i efektowne – nawet strzelanie z łuku. Musou mimo pewnego poziomu trudności, to wciąż relaksujący gatunek, w którym przez całe armie przechodzimy jak nóż przez masło.

Podobnie jak Hyrule Warriors, Three Hopes to tytuł, który ma głównie przyciągnąć miłośników danego uniwersum i zaoferować im nieco więcej opowieści ze świata, z którym są związani w innej formule rozgrywki. Zastąpienie turowego, wręcz szachowego mechanizmu walki pełnym akcji hack'n'slashem wychodzi serii Fire Emblem na dobre i pokazuje ten element starć absolwentów akademii oficerskiej w ciekawszym świetle.

Niezainteresowani dialogami w grze mogą ustawić autoklikanie tekstu i pójść zaparzyć herbatę

Fire Emblem Warriors: Three Hopes nie każdego nakłoni do wielokrotnego ukończenia fabuły, ale jako musou jest na tyle przyjemną grą z dużą liczbą grywalnych bohaterów i dynamicznie zmieniającymi się celami, że może przekonać do siebie nawet osoby niezainteresowane konfliktem na ziemiach Fódlan.

Platforma: Nintendo Switch - Premiera: 22 czerwca 2022 - Wersja językowa: angielska - Rodzaj: Gra akcji, hack'n'slash - Dystrybucja: cyfrowa, pudełkowa - Cena: 250 zł - Producent: Intelligent Systems, Omega Force - Wydawca: Nintendo

Recenzja Fire Emblem Warriors: Three Hopes została przygotowana na podstawie egzemplarza dostarczonego nieodpłatnie przez wydawcę.

Dowiedz się więcej na temat recenzji, zapoznając się z polityką recenzowania gier.

O autorze

Awatar Łukasz Winkel

Łukasz Winkel

Recenzent

Zakochany w grach od dziecka. Transhumanista duchem, postmodernista z lenistwa.

Komentarze