Jeśli klikniesz link i dokonasz zakupu, możemy otrzymać małą prowizję. Zobacz politykę redakcyjną.

Wspominam czerwony pierścień śmierci. Wtedy nie było mi do śmiechu

Chwile grozy z konsolami.

Kto nie miał dziwnych, frustrujących czy niespotykanych przypadków z konsolami lub PC, niech podniesie rękę. Lata grania i obcowania ze sprzętem to nie tylko wspaniałe chwile spędzone w wirtualnych światach, ale też różnego typu przykre zdarzenia. Największe „chwile grozy” przeżyłem oczywiście z Xboksem 360.

To było jakieś 15 lat temu. Z niedowierzaniem czytałem wówczas w Internecie i prasie o „czerwonych pierścieniach śmierci”, czyli wadzie, która hurtowo występowała u posiadaczy X360 i trwale wyłączała konsolę. Jedną z głównych przyczyn tej wady była wysoka temperatura i problem ze spoiwem, którego brak powodował odrywanie się układu odpowiedzialnego za generowanie grafiki od płyty głównej.

Pamiętam adrenalinę, gdy przy każdym uruchomieniu martwiłem się, czy czasem nie jest to ten „ostatni raz”. Wreszcie któregoś wieczora, zasiadając wygodnie w fotelu, by zagrać w Dead Rising delikatnie uruchomiłem konsolę i… zobaczyłem na własne oczy czerwone światło, które zapamiętam do dziś.

W późniejszym okresie Microsoft wiedział już o występujących awariach i przedłużał nawet gwarancję, ale ten półśrodek oczywiście nie rozwiązywał problemu - przynajmniej w moim przypadku. Kiedy znalazłem kartę gwarancyjną, ucieszyłem się, bo konsola „padła” dokładnie miesiąc przed końcem gwarancji, ale to był dopiero początek problemów.

Okazało się, że w lokalnym Media Markt, gdzie zakupiłem swojego Xboksa, nikt nie chciał mieć cokolwiek wspólnego z gwarancją i odesłano mnie do Microsoftu, w gratisie strasząc trzema miesiącami czekania. Nie wiedziałem, co robić, więc w apogeum irytacji zgłosiłem się wówczas do… Rzecznika Praw Konsumenta. O dziwo, kompetentna pani zasugerowała, by poczekać dwa tygodnie i jak nic się nie zmieni, wrócić ze sprawą do niej. Tak też zrobiłem, a urzędniczka, ni stąd, ni zowąd zadzwoniła przy mnie do sklepu z zapytaniem o mój sprzęt.

Sprzedawca był zdziwiony telefonem i, jak gdyby nigdy nic, zaprosił mnie po odbiór nowej konsoli. W ciągu kilku godzin sytuacja zmieniła się diametralnie i od razu udałem się po Xboksa. Dostałem zwrot pieniędzy do wydania na sklepie, a jako że minęły niemal dwa lata, to sprzęt sporo potaniał i dodatkowo dobrałem sobie grę i aparat fotograficzny. Jak widać, czasami opłaca się walczyć o swoje, a było to przecież kilkanaście lat temu!

Czerwony krąg śmierci polował na Xboksy - w moim przypadku z powodzeniem

Z Xboksami miałem zresztą więcej przygód. Kilka lat później pojechałem kupić Xboksa One, nie mogąc doczekać się krwawych przygód w Dead Rising 3 i Ryse: Son of Rome. Podczas transportu nowego sprzętu, przechodząc przez podwórkową ulicę, cała zawartość zielonego pudełka od spodu z impetem wyleciała na asfalt. Okablowanie, kontroler, no i oczywiście konsola w jednej chwili wzięły udział w moim osobistym teście wytrzymałości. Wtedy dowiedziałem się, co to znaczy mieć zawał serca i po zebraniu wszystkich fantów z ulicy, już w aucie zrobiłem skrupulatny przegląd stanu konsoli.

Z zewnątrz nie było uszkodzeń, zabrakło nawet rys czy zatarć, bo Xbox był dobrze zabezpieczony. Po podłączeniu także wszystko grało i konsola nie ucierpiała w czasie tego kuriozalnego crash testu. Od tego czasu nie przenoszę nic za plastikowe rączki, zawsze niosąc towar pod pachą. Okrągła taśma wielkości pięciozłotówki to z pewnością słabe zabezpieczenie i osobiście się o tym przekonałem.

Ale nie tylko z Xboksami miałem zabawne perypetie. Pewnego wieczoru spędzając czas w podniebnej Columbii z BioShock Infinite, „grube” PlayStation 3 zaczęło głośniej pracować i wydawać dość dziwne dźwięki. Po kilku minutach odgłos wentylatora był już nie do zniesienia, aż w końcu konsola wyłączyła się. Pierwsza myśl? BioShock nie miał litości, wysłużona PS3 wyzionęła ducha i trzeba szykować pieniądze na wersję Slim.

To nie BioShock Infinite wyłączył mi konsolę ale... kot

Po podejściu do szafki okazało się, że między konsolą a ścianą kot zrobił sobie legowisko. Ciepło przyciągnęło zwierzaka i spowodował on trochę śmieszną anomalię. Na szczęście po ostudzeniu, sprzęt włączył się i potem działał bez zarzutu. Myśląc o tym teraz, cieszę się, że mój milusiński nie skończył jak jego kolega na filmowej Wigilii u Griswoldów.

Wielu z nas miało podobne przypadki - nie tylko z konsolami, ale i komputerami. Trzeba przyznać, że wszystkie stanowiły część naszego hobby i atrakcji, które dostarczało. Jedni później pewnie się z tego śmiali, ale innym do śmiechu być może nie było. Przewrotnie: trochę szkoda, że wraz z rozwojem sprzętu, znikły wszystkie „zabawne” bolączki. Może, w ramach wspólnej terapii, opowiecie dziś o swoich przygodach tego typu?

Komentarze