Jeśli klikniesz link i dokonasz zakupu, możemy otrzymać małą prowizję. Zobacz politykę redakcyjną.

Serial „The Last of Us” to złoto. Recenzja pierwszego odcinka

Wzorowa ekranizacja.

Eurogamer.pl - Rekomendacja odznaka
Genialna gra studia Naughty Dog doczekała się ekranizacji. Twórcy, czyli Craig Mazin i Neil Druckmann, stanęli na wysokości zadania i stworzyli prawdziwe arcydzieło, co widać już po pierwszym odcinku. Co ważne, „The Last of Us” sprawnie opowiada historię zaprezentowaną w grze, a także jest świetnym widowiskiem dla osób nieznających pierwowzoru.

UWAGA: możliwe niewielkie spoilery z pierwszego odcinka sezonu.

Jakże trudno przenieść realia z gry na mały ekran. Serial albo film, pozbawiony elementu interaktywnego – jeśli ma być dobry – powinien być maksymalnie wciągający, ale jednocześnie wiernie odtwarzać realia znane z pierwowzoru. Pierwszy odcinek zrobił na mnie ogromne wrażenie.

Jestem przede wszystkim podekscytowany jako gracz, ale patrząc na „The Last of Us” jako odrębne widowisko, dochodzę do wniosku, że twórcy wykonali tytaniczną pracę. Bardzo możliwe, że mamy właśnie do czynienia z najlepszą ekranizacją gry w historii, jednak na te wnioski będziemy musieli poczekać do końca pierwszego sezonu.

Pedro Pascal ostatnimi czasy rozsądnie wybiera role w świetnych produkcjach

Cała fabuła została poprzedzona ciekawym prologiem, osadzonym w programie telewizyjnym z lat 60., w którym jeden z naukowców (John Hannah) objaśnia przyczyny epidemii, grożącej naszej cywilizacji w przyszłości. Skutki – jak twierdzi – mogą być (i będą) katastrofalne, a wydźwięk tego wywiadu jest makabryczny, już z początku wprowadzając ponury akcent.

Następnie poznajemy postaci Joela (Pedro Pascal) i jego córki Sarah (Nico Parker), którzy żyją w Austin w Teksasie w 2003 roku. Tym samym dostajemy dwie postaci z krwi i kości, przy czym zwłaszcza wątek Sarah został tu pogłębiony w stosunku do historii z gry, ponieważ nie widzieliśmy tam codziennego życia rodziny.

Odtwócy ról Joel i Ellie zostali dobrze dobrani w tym serialu

Później akcja wyraźnie przyspiesza, ponieważ jesteśmy wrzuceni w centrum wydarzeń. Wszędzie panuje chaos, epidemia pojawiła się w USA, a Joel wraz ze swoją córką próbują uciec przed nową rzeczywistością. Sąsiedzi zamieniają się w „zainfekowanych”, a dotychczas znana rzeczywistość w niczym nie przypomina tej sprzed epidemii.

Mniej więcej od połowy pierwszego odcinka mamy do czynienia z postapokaliptyczną scenerią. Zastajemy ją zwłaszcza w wizji zniszczonego Bostonu w 2023 roku, która jest bardzo przekonująca. Widać to wówczas, gdy bohaterowie idą przez miasto. Poza tym życie w obozie zostało świetne zobrazowane. Tak jak w każdej tego rodzaju dobrej produkcji, obserwujemy trudne relacje pomiędzy ocalonymi. Ludzie wymieniają się przedmiotami największej potrzeby, pojawiają się konflikty, podziały, przyjaźnie i układy. Każdy chce przetrwać za wszelką cenę.

Serial wykorzystuje emocjonalny potencjał, który znamy z gry

W „The Last of Us” mnóstwo jest zużytych, poniszczonych przedmiotów. Ubrania bohaterów – a zwłaszcza Joela – wyglądają tak, jakby faktycznie nosił je od bardzo długiego czasu. Wszystko tu wygląda autentycznie oraz zostało dopracowane z prawdziwym pietyzmem. Twórcy zwracają uwagę na każdy szczegół i nie pozwalają, aby jakakolwiek pomyłka zrujnowała fenomenalny klimat.

Chciałbym też zwrócić uwagę na ruch kamery, który jest bardzo podobny do sposobu obrazowania z gry. Nie mówię tu tylko o montażu i przejściach pomiędzy scenami, ale przede wszystkim perspektywie, która imituje produkcję studia Naughty Dog. Momentami miałem wrażenie, że gram w grę!

Mimo dość prostej konstrukcji poruszono tu kilka ciekawych wątków

W serialu niektóre sceny zostały niejako „przeklejone” z gry. Oczywiście, nie jest możliwe całkowite przeniesienie wszystkich scen, ale w większości wyglądają one bardzo przekonująco. Na przykład moment, gdy Joel wraz ze swoją córką siedzą i rozmawiają na kanapie. To przede wszystkim jasny sygnał do widzów, że twórcy są zainteresowani tworzeniem własnej wizji, ale w obrębie świata już dobrze znanego. Podchodzą do materiału źródłowego z szacunkiem, bez wprowadzania nieuzasadnionych rozwiązań. Poszerzają świat przedstawiony, ale nie naruszają jego podstaw, zasad i głównych wątków.

Dobranie odpowiednich aktorów to połowa sukcesu. To oni muszą oddać ogromne napięcie emocjonalne, tajemnice ludzkiej psychiki, którą próbowali nam ujawnić twórcy „The Last of Us”. Gra aktorska jest na najwyższym poziomie. Pedro Pascal w roli Joela świetnie się spisuje. Doskonale odtwarza rolę bohatera z gry. Widzimy jego zgorzknienie, ponury charakter, doświadczenie utraty, brak wiary w lepsze jutro, a w tym wszystkim jest jednocześnie niezwykle ludzki i charyzmatyczny.

W serialu dominuje ciemna sceneria

Z początku nie byłem przekonany do obsady roli Ellie - pewnie jak wielu fanów gry. Nie sądziłem, że Bella Ramsey ją udźwignie, ale gra aktorska w pierwszym odcinku bardzo mnie przekonała. Jedynym problemem jest z pewnością jej mimika, która – jak łatwo można zauważyć – pozostawia wiele do życzenia. Oprócz tego prezentuje się jako postać sarkastyczna, przebojowa i zadziorna. Dlatego jest podobna do swojego pierwowzoru z gry.

Nawet taka drobnostka jak „intro”, z pozoru nieistotna, przypadła mi do gustu. Wprowadza specyficzny nastrój i pozwala od początku zagłębić się w realia przedstawianego świata. Elementy muzyczne, zaprojektowane przez Gustavo Santaolallę (odpowiedzialny za ścieżkę dźwiękową do gry), pojawiają się tu dość rzadko, co sprawia, że momentami słyszymy tylko strzały, rozmowy bohaterów albo głośne krzyki. To także pełni ważną funkcję w budowaniu napięcia, ale również pozostawia widza z przeświadczeniem, że znajduje się w przestrzeni niemalże martwej i pustej, czyli w momencie upadku cywilizacji.

Twórcy efektownie prezentują tajemniczą epidemię

Autorzy takich seriali jak „Wiedźmin: Rodowód krwi” czy „Władcy Pierścieni: Pierścienie Władzy” mogą się uczyć jak tworzyć dobre ekranizacje. Długo czekaliśmy na serial, który wiernie odniesie się do materiału źródłowego i zaproponuje nam rozrywkę na najwyższym poziomie. Grę „The Last of Us” traktujemy jako dzieło zawierające wartości ponadczasowe, a serial w pierwszym odcinku do tej ponadczasowości nawiązuje. Poza tym twórcy kierują się pewną prostotą, nie korzystając z niepotrzebnych udziwnień, których jest przecież wiele w wysokobudżetowych produkcjach.

Showrunnerzy mają do dyspozycji świetną historię i wyciągają z niej tyle, ile mogą. Postapokaliptyczne realia, horror o upadku cywilizacji, sytuacje graniczne, z którymi zmagają się bohaterowie – to wszystko dostaliśmy w pierwszym odcinku. Przekonamy się, czy dynamiczny i obiecujący start zostanie utrzymany w pozostałych ośmiu odcinkach pierwszego sezonu. Jestem podekscytowany losami Joela i Ellie, dlatego niecierpliwie czekam na rozwinięcie historii. W każdym razie pierwszy odcinek „The Last of Us” koniecznie trzeba obejrzeć. Nie będziecie zawiedzeni!

Ocena: 9/10

Premiera w Polsce: 16.01.2023 - Gdzie obejrzeć: HBO Max - Liczba odcinków (1 sezon): 9 (pierwszy odcinek 1.20h) - Rodzaj: dramat, horror - Reżyseria: Craig Mazin, Neil Druckmann – Muzyka: Gustavo Santaolalla - Występują: Pedro Pascal, Bella Ramsey, Gabriel Luna, Anna Torv, Merle Dandridge, Nico Parker, Murray Bartlett, Nick Offerman, Storm Reid, Jeffrey Pierce, Lamar Johnson, Keivonn Woodard, Graham Greene, Elaine Miles, Ashley Johnson, Troy Baker.

Dowiedz się więcej na temat recenzji, zapoznając się z polityką recenzowania gier.

O autorze
Awatar Krzysztof Prabucki

Krzysztof Prabucki

Felietonista / Recenzent

Felietonista w dziale filmowym Eurogamera. Przygodę z mediami rozpoczynał od działalności w gazecie lokalnej. Miłośnik piłki nożnej i lekkoatletyki.

Komentarze