Jeśli klikniesz link i dokonasz zakupu, możemy otrzymać małą prowizję. Zobacz politykę redakcyjną.

Recenzja „Nie!”. To najgorszy film Jordana Peele’a

Zabawa konwencją.

Trzeci film twórcy „Uciekaj!” i „To my” sprawnie eksploatuje zabiegi znane z jego poprzednich produkcji. Film został utrzymany we współczesnej scenerii i nawiązuje do klasyki kina grozy, łącząc je zarazem z wątkiem przybyszów z kosmosu. „Nie!” zadebiutował w polskich kinach w piątek, 12 sierpnia.

UWAGA: w tekście znajdują się lekkie spoilery fabularne, ale nie przekraczające wiedzy, którą można było uzyskać ze zwiastunów filmu.

Jordan Peele niewątpliwie stworzył swój unikatowy styl. Mowa tu przede wszystkim o rzadko spotykanej umiejętności łączenia konwencji kina grozy z tematami o charakterze społecznym. To spojrzenie na kino i sposoby realizacji jego pomysłów przyniosło mu Oscara za najlepszy film oryginalny („Uciekaj!”) i dwie nominacje za najlepszy film i reżyserię. Tym samym Peele ustawił sobie wysoko poprzeczkę.

„Nie!” przedstawia historię odludnego rancza w Kalifornii, której mieszkańcami są OJ Haywood (znany z poprzednich produkcji Daniel Kaluuya) oraz jego siostra Emerald (Keke Palmer). W tajemniczych okolicznościach umiera ich ojciec, a to sprawia, że rodzeństwo musi zająć się farmą, co nie jest takie łatwe i wkrótce popadają w kłopoty finansowe.

Jakby tego było mało, pewnego razu OJ dostrzega nad ranczem UFO. Razem z siostrą próbują wykorzystać sytuację i sfilmować ten osobliwy obiekt. Problem jest jednak taki, że ilekroć UFO pojawia się w okolicy, wyłącza wszelkie urządzenia elektroniczne, czyli takżekamery i środki komunikacji. Mimo to sprytne rodzeństwo znajduje sposób, aby uchwycić w kadrze statek kosmitów.

Oprócz tego, pojazd obcych zdolność wciągania wszystkiego, co akurat znajduje się w jego zasięgu, co budzi w naszych bohaterach przerażenie. Nie znamy także motywów, które rządzą poczynaniami kosmitów. Zazwyczaj w filmach o podobnym charakterze była to chęć unicestwienia ludzkiego gatunku, zajęcie jego miejsca na Ziemi, lecz tym razem uwaga skupiona jest tylko na wymiarze lokalnym. Kosmici atakują tylko wybrany obszar, a informacje na temat tego wydarzenia nie docierają do świata zewnętrznego. To właśnie odcięcie od wszystkiego, co na zewnątrz wprowadza dodatkowy element tajemniczości i niezwykłości.

Film „Nie!” - podobnie jak „Uciekaj!” i „To my” - charakteryzuje się zwartą linią fabularną, której główną osią jest przedstawienie wątku inwazji obcych na ziemię. I Peele konsekwentnie prowadzi narrację w tym filmie, ale fabuła – w przeciwieństwie do poprzednich jego dokonań – jest niezwykle monotonna, jednostajna i pozbawiona decydujących punktów zwrotnych. Pozostałą część filmu zajmują zmagania ziemian z niezidentyfikowanym obiektem latającym, przygotowania do finałowego starcia i osobiste rozterki bohaterów.

Wyraźnym problemem tego filmu – w moim odbiorze – jest niedostateczna liczba elementów charakteryzujących gatunek. W założeniu film miał budzić przerażenie albo przynajmniej zaskakiwać widza nagłymi zwrotami akcji, jednak reżyser wybrał grę z konwencją, niż jej wierne odtwarzanie. Oprócz pojawiającego się na początku filmu oszalałego szympansa, który stanowi niepotrzebny dodatek do całej fabuły, widz nie czuje się przestraszony. Także obecność UFO wprowadza raczej element tajemniczości, ale samo w sobie nie dostarcza wystarczającej dawki strachu.

Oprócz głównego wątku fabularnego jest w tym filmie kilka wyraźnych i celowych nawiązań do historii kina. Przede wszystkim mowa tu o tradycji westernu, z którego Peele korzysta, gdy dochodzi do starcia między ziemianami a obcymi. Nie dość, że wyraźna jest gra z konwencją, to jeszcze możemy zobaczyć społeczny i światopoglądowy wymiar filmu.

Na pochwałę zasługują niewątpliwie audiowizualne efekty specjalne, za które odpowiedzialny był utytułowany Hoyte Van Hoytema. Jego zdjęcia mogliśmy oglądać chociażby w filmach takich jak „Dunkierka” czy „Interstellar”. Także dobór aktorów, w tym zwłaszcza Daniela Kaluuya w roli spokojnego OJ i Keke Palmer w roli dynamicznej i żywiołowej Emerald, doskonale współgra z obraną strategią reżysera.

Film „Nie!” jest niewątpliwie najgorszym spośród trzech filmów Jordana Peele’a. Zakończenie pozostawia widza z dużym niedosytem i trudno oprzeć się wrażeniu, że efekt przedstawiony na samym końcu faktycznie odpowiada potencjałowi tej produkcji. Ambitny projekt reżysera, czyli próba zadrwienia z konwencji kina grozy, przedstawienie zawiłej problematyki społecznej i utworzenie fabuły wokół siatki znaczeń symbolicznych, są dla filmu najbardziej obciążające. Brakuje w nim dobitnego akcentu podkreślającego tę zawiłość, którego niestety w tym filmie nie doświadczamy. Mimo to „Nie!” warto zobaczyć, chociażby ze względu na markę, którą stał się już reżyser Jordan Peele.

Dowiedz się więcej na temat recenzji, zapoznając się z polityką recenzowania gier.

Komentarze