Jeśli klikniesz link i dokonasz zakupu, możemy otrzymać małą prowizję. Zobacz politykę redakcyjną.

Nudny i schematyczny. Recenzja filmu „Black Adam”

Spodziewałem się czegoś więcej.

Do kin trafiła najnowsza produkcja na podstawie komiksów z serii DC. „Black Adam” niczym szczególnym nie zachwyca. Film jest chaotyczny, zbyt szybki i przeładowany scenami walki.

Uwaga: tekst zawiera niewielkie spoilery dotyczące fabuły filmu.

Na początku filmu twórcy postanowili przypomnieć historię Black Adama. Jest to postać pochodząca z fikcyjnej krainy Kahndaqu, pierwotnie nazywał się Teth-Adam i został obdarzony wielką mocą, aby nieść dobro. Black Adam brutalnie ją spożytkował i zabił faraona, po czym został wygnany na 5000 lat.

Ponownie na świat przywraca go naukowczyni Adrianna Tomaz (Sarah Shahi), która walczy o wolność swojego kraju. Black Adam samą obecnością przykuwa uwagę zarówno okupantów Kahndaqu, jak i superbohaterów z Amerykańskiej Ligi Sprawiedliwości, która stara się przeciągnąć go na swoją stronę. W jej skład wchodzą Hawkman (Aldis Hodge), Atom Smasher (Noah Centineo), Cyclone (Quintessa Swindell) i Doctor Fate (Pierce Brosnan).

Fabuła filmu jest raczej prosta. Celem naszych bohaterów jest znalezienie wielkiego artefaktu, czyli magicznej korony. Próbują to zrobić członkowie Ligi, jak i antagoniści na czele z jej prawowitym właścicielem Sabbackiem (Chico Kenzari).

Black Adam preferuje konfrontację i bezwzględną siłę

Akcja przepełniona jest scenami walki, które prawie od początku do końca filmu trwają nieustannie. To zrodziło pewien przesyt i poczucie, że w najnowszej produkcji studia Warner Bros panuje ogromny bałagan. „Black Adam” jest z pewnością przytłaczający ze względu na liczbę efektów specjalnych, stale toczone bitwy i ekranową rozwałkę. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że na tym polegają filmy o superbohaterach, ale przypominam sobie produkcje, które robiły to znacznie lepiej.

Głównym problemem jest niewątpliwie scenariusz. Zwroty akcji nie są jakoś szczególnie zaskakujące, a niektóre wydarzenia bardzo przewidywalne i konwencjonalne, nawet jak na film o takich charakterze.

Poza tym w „Black Adam” co jakiś czas pojawiają się – według mnie niepotrzebne – pacyfistyczne hasła, banalne dialogi bohaterów, którzy w ostateczności dochodzą do wniosku, że przemoc jest zła. To dosyć dziwne, bo przez prawie półtorej godziny obserwujemy ciągłą walkę. Twórcy filmu nieudolnie próbowali więc przemycić do kina akcji wątek światopoglądowy - ewidentnie się to nie udało.

Postać głównego przeciwnika Black Adama jest przewidywalna i łatwa do odczytania

Mimo to świetnie prezentuje się Dwayne Johnson w roli superbohatera i, prawdę mówiąc, jest jednym z jaśniejszych punktów tego filmu. Pomiędzy nim a synem Adrianny, czyli Amonem Tomazem (Bodhi Sabongui) wytwarza się zabawna relacja. Ciekawie wygląda też Pierce Brosnan w roli Doktora Fate. Dużą zasługą aktora jest przedstawienie tej postaci jako niezwykle charyzmatycznej, co zresztą widać w krótkich rozmowach z Hawkmanem. Według mnie, całkowicie zbędne są tu postaci Atom Smashera i Cyclone, bo oprócz kilku dowcipów nie dają wiele opowiadanej historii.

Niestety, „Black Adam” nie jest filmem udanym. Zresztą nawet w Stanach Zjednoczonych spotkał się z wyraźną krytyką. Przede wszystkim przeszkadza mi jego schematyczność i przewidywalność. Jedynym atutem są tu porywające walki (choć niekiedy zbyt długie), przyciągające uwagę efekty specjalne i chyba sam fakt, że fani uniwersum mogą zobaczyć superbohatera na ekranie. Poza tym nie oferuje nic ciekawego. Jest to przede wszystkim produkcja mało oryginalna w stosunku do jej poprzedników, a przez to niezwykle nudna.

Dowiedz się więcej na temat recenzji, zapoznając się z polityką recenzowania gier.

O autorze
Awatar Krzysztof Prabucki

Krzysztof Prabucki

Felietonista / Recenzent

Felietonista w dziale filmowym Eurogamera. Przygodę z mediami rozpoczynał od działalności w gazecie lokalnej. Miłośnik piłki nożnej i lekkoatletyki.

Komentarze