Jeśli klikniesz link i dokonasz zakupu, możemy otrzymać małą prowizję. Zobacz politykę redakcyjną.

Battleborn - Recenzja

Kolorowy miks gatunkowy.
Pod warstwą koloru, humoru i przyjemnej zabawy kryje się niedostatecznie dopracowana gra, której potencjał wymaga rozwinięcia.

Battleborn wydaje się próbą powtórzenia sukcesu szalonego Borderlands. Do zwykłej strzelanki dorzucono jeszcze więcej elementów innych gatunków. Z jednej strony to całkiem skuteczne, ale z drugiej - sprawia, że otrzymujemy produkcję odrobinę niewyraźną i niedookreśloną.

W dalekiej przyszłości wielka katastrofa doprowadziła do zgaśnięcia większości gwiazd w kosmosie. Ostatni układ słoneczny - Solus - staje się polem bitwy między zjednoczonymi cywilizacjami oraz wspólnym wrogiem w postaci rasy Varelsi.

Najlepsi wojownicy znani są jako Battleborn. To od nich zależą losy ostatniej gwiazdy i reszty wszechświata. W animowanym wprowadzeniu do gry bohaterowie prezentują się świetnie. Wstęp budzi ogromne nadzieje, lecz dalej poziom lekko spada.

Podczas ośmiu kooperacyjnych misji poznajemy poszatkowane fragmenty opowieści, będące bardziej wprowadzeniem kolejnych postaci niż faktycznym rozwijaniem fabuły. Sednem Battleborn są herosi, a nie historia, co jest jasne od samego początku.

Twórcy ze studia Gearbox czerpią garściami z gatunku MOBA. Różnorodność postaci jest z tym ściśle związana. Każdy z dwudziestu pięciu bohaterów posiada inne umiejętności i pełni odmienną rolę na polu bitwy. Jak na kooperacyjną strzelankę z widokiem z perspektywy pierwszej osoby to całkiem sporo.

Testowanie nowych wojowników jest samo w sobie ciekawą zabawą. Zwykły komandos Oscar Mike niesamowicie różni się zbiorem talentów i rolą w walce od leczącego i miotającego nożami, wyglądającego jak żywy muchomorek Miko. Potężne postacie poruszają się inaczej niż rozpędzona sześcioręka kowbojka miotająca kule energetyczne.

Bohaterowie rozpoczynają każdą misję czy mecz sieciowy na pierwszym poziomie doświadczenia i w trakcie gry zdobywają kolejne. Każdy awans to odblokowanie jednego z dwóch ulepszeń postaci. Takie rozwiązanie ma na celu dodatkowe urozmaicenie zabawy. Podobnie jest z akcesoriami oferującymi pasywne ulepszenia, które również co mecz musimy „wykupić” za zbieraną w trakcie potyczek walutę.

Zadania kooperacyjne wypełniamy wraz z - maksymalnie - czterema kompanami przez sieć lub z jednym lokalnie, na podzielonym ekranie. Misje fabularne nie są najlepszym elementem gry. To chaotyczne inwazje na tereny wypełnione przeciwnikami i bossami wchłaniającymi pociski niczym gąbka. Półgodzinne zadania z czasem nużą.

Esencja i najlepsza część Battleborn to rozgrywka przeciwko innym graczom. Dwa z trzech dostępnych trybów przypominają te znane z gier MOBA i spisują się świetnie. Trzeci to drużynowa kontrola obszarów.

To właśnie w Incursion i Meltdown wszystkie elementy składają się w jedną całość, rozwój postaci ma sens, podobnie jak zbieranie waluty na budowę wieżyczek wsparcia i usprawnianie sprzętu. Bez tego trudno o zwycięstwo.

W jednym trybie, ze wsparciem słabszych jednostek komputerowych, atakujemy masywne maszyny kroczące przeciwnej drużyny - zwycięstwo zdobywa się przez zniszczenie obu. W drugim eskortujemy roboty do punktu zniszczenia. Każdy poświęcony tam stalowy stworek to zwiększenie wyniku naszego zespołu.

Z każdym poziomem gracz staje się silniejszy. Różnica jest zauważalna w trakcie finalnych potyczek.

Walka z innymi graczami ma zupełnie inne tempo niż przygody kooperacyjne. Rozwój bohaterów staje się kluczowy dla zwycięstwa, a podział zespołu na ofensywę, medyków, tanków i wsparcie zaczyna mieć sens. To najbardziej ekscytujący aspekt Battleborn, który przyciąga, nawet jeżeli nie mamy zgranej paczki znajomych i współpracujemy z obcymi graczami.

Battleborn to jednak nie gra dla każdego. Mnogość bohaterów, rozbudowane umiejętności i czasochłonne potyczki mogą odstraszyć część zainteresowanych. Opanowanie postaci i skuteczne działanie wymaga prób i błędów. Odnalezienie właściwej dla siebie roli przedłuża również fakt zablokowania części herosów - niektórych zdobywamy dopiero po wykonaniu misji fabularnej, bądź osiągnięciu odpowiedniego ogólnego poziomu. To proces trwający stanowczo za długo.

Znużenie potęguje mała liczba map. W trybie PvP dostępnych jest sześć lokacji, a kooperacja to kolejne osiem, które ciekawe są tylko przy pierwszym podejściu. Podobnie jest z różnorodnością potworów sterowanych przez komputer. W każdej misji walczymy z tymi samymi, tylko lekko zmodyfikowanymi bossami. Stanowczo brakuje bardziej zróżnicowanych oponentów, do których Gearbox mogło nas przyzwyczaić serią Borderlands.

Battleborn wymaga szlifów również pod kątem występujących błędów. Niektóre misje wymagały powrotu do głównego menu, gdy błąd scenki nie pozwalał na kontynuowanie przygody. Większe potyczki generują zauważalne spadki płynności - poniżej poziomu 30 klatek na konsolach - co jest niedopuszczalne w sieciowych strzelankach. W końcu wiele zależy tu od celności gracza.

Rysunkowe eksplozje są świetne, szkoda tylko, że wywołują spadek płynności animacji.

Nie wszystkie umiejętności specjalne działają jak należy. Jeden z bohaterów dysponuje atakiem z powietrza i wzbija się w górę na skrzydłach. W niektórych pomieszczeniach, choć wystarczająco dużych, talent ten jednak w ogóle się nie aktywuje, co czyni go kompletnie bezużytecznym, a my musimy poczekać aż na nowo się naładuje. Sednem tej gry są różnorodne klasy, więc ich niedopracowanie jest poważnym błędem.

W ogólnym rozrachunku Battleborn aż prosi się o więcej zawartości i rozwinięcie obecnie dostępnej. Misje kooperacyjne nie są na tyle ekscytujące, by zachęcały do powtarzania na wyższych poziomach trudności, a potyczki między graczami oferują zbyt małą różnorodność map, choć na szczęście są wciągające i przyjemne.

7 / 10

Dowiedz się więcej na temat recenzji, zapoznając się z polityką recenzowania gier.

O autorze

Awatar Łukasz Winkel

Łukasz Winkel

Recenzent

Zakochany w grach od dziecka. Transhumanista duchem, postmodernista z lenistwa.

Komentarze