Into the Breach to jedna z tych gier, do których można wracać nawet po dziesiątkach godzin i wciąż świetnie się bawić.

Twórcy FTL: Faster Than Light długo kazali czekać na swoją kolejną grę, ale cierpliwość się opłaciła. Into the Breach uzależnia równie mocno. To wymagająca i głęboka taktyczna produkcja, która bez problemu zapewni dziesiątki, a nawet setki godzin zabawy.

Choć historia nie jest tu przesadnie istotna, to założenia fabularne są całkiem interesujące. Kierujemy bowiem oddziałem żołnierzy podróżujących w czasie, którzy po każdej porażce ewakuują się do innej czasoprzestrzeni, by tam ponownie podjąć walkę z niebezpiecznymi kosmitami.

Spod ziemi wypełzły wielkie robale - Veksowie. W eksterminacji nieproszonych gości pomogą nam równie pokaźne pod względem rozmiarów mechy, a potyczki rozgrywają się zawsze w okolicy kilku budynków, które musimy starać się uchronić przed atakami. Każda zniszczona struktura równa się zmniejszeniu wytrzymałości systemów obronnych, które powstrzymują hordy wrogów przed zalaniem całego świata.

into1
Mech-katapulta strzelający głazami? Czemu nie. (Into the Breach - Recenzja)

Into the Breach to turowa strategia, która na pierwszy rzut oka wydaje się dosyć prosta pod względem zasad rozgrywki, ale nawet po kilku godzinach łapiemy się na tym, że odkrywamy kolejne zależności czy szczegóły, które możemy wykorzystać w walce z robakami. Gra jest także trudna - kampanii na pewno nie ukończymy przy pierwszym podejściu.

Sterujemy zawsze trzema mechami. Na początku dysponujemy jednym oddziałem, ale później odblokowujemy kolejne - w sumie siedem. Ponadto, ze wszystkich jednostek możemy też dowolnie tworzyć własne trójki, co w praktyce oznacza mnóstwo możliwych kombinacji i taktyk do zastosowania.

Zdobywanie nowych oddziałów wiąże się z konkretnymi osiągnięciami, za które otrzymujemy punkty - a te z kolei wydajemy na zestawy mechów. Minie co najmniej kilkadziesiąt godzin, zanim uda nam się zdobyć wszystkie, a więc otrzymujemy stałą motywację do wracania do gry. Jednak nawet bez takiej zachęty trudno byłoby oderwać się od ekranu.

Gameplay to perfekcyjny i wciągający miks XCOM-a, klasycznej serii Advance Wars od Nintendo i szachów. Staranne planowanie wszystkich ruchów i obserwowanie udanych akcji nie przestaje sprawiać satysfakcji. Przyjemność zwiększa też brak losowości, bo nie ma tu procentowych szans na trafienie, a cały czas możemy podejrzeć, co wydarzy się w trakcie tury przeciwnika.

into3
Ikony na konkretnych regionach wskazują, na jakie nagrody możemy liczyć (Into the Breach - Recenzja)

Wystarczy wcisnąć jeden przycisk, by zobaczyć kolejność, w jakiej atakować będą robale - i nawet to można wykorzystać na swoją korzyść. Może uda się specjalną umiejętnością zepchnąć jednego wroga na linię strzału drugiego, który zaatakuje jako pierwszy i zabije swojego kolegę? Do eliminowania wrogów możemy też czasem wykorzystywać różne katastrofy naturalne albo zbiorniki wodne, do których wystarczy zepchnąć naziemne jednostki, by się utopiły.

Każda tura to zazwyczaj jeden ruch i jeden atak, choć w miarę postępów możemy ulepszać mechy, przez co zyskują alternatywne zdolności - jak choćby możliwość dwukrotnego wystrzelenia czy zmiany pozycji po trafieniu wroga. Zwiększamy też punkty wytrzymałości i zasięg ruchu jednostek, a do wszystkich ulepszeń wykorzystujemy rdzenie, które możemy czasem zdobyć w ramach bonusowej nagrody.

W kampanii bronimy przed kosmitami kolejne wyspy. Każda podzielona jest na regiony odpowiadające misjom - na mapie widzimy, co otrzymamy za obronę konkretnego obszaru. Zazwyczaj to dodatkowe punkty energii do systemu obronnego albo prestiż, który po zwycięstwie na danej wyspie pozwala wykupić różne dodatki.

W sumie twórcy przygotowali cztery różnorodne wyspy, ale już po obronie drugiej możemy - jeżeli zechcemy - przejść bezpośrednio do finałowej walki. Każdy taki kontynent to inne warunki towarzyszące walce. Na pustyni mamy wydmy, które mogą tworzyć zasłonę dymną, a na wyspie arktycznej znajdziemy pola z lodem, który może się załamać.

into2
Czasem warto dłużej przemyśleć ruch, a można odkryć, że robaka celującego w budynek nie warto atakować, bo zabije go jego własny sojusznik (Into the Breach - Recenzja)

Najważniejsza jest jednak różnorodność mechów. Choć niektóre mają pewne cechy wspólne, to jednak liczą się detale. Cześć jednostek walczy w zwarciu, jest też artyleria, a są nawet maszyny latające - mogą zawisnąć nad wodą czy przepaścią. Różne ataki mogą często odpychać i przesuwać robaki, co okazuje się szybko niezwykle istotnym elementem bitew. Przeciwnicy też są zróżnicowani i musimy zawsze brać pod uwagę to, w jaki sposób zadają obrażenia.

Wszystkie elementy gry tworzą spójną, przemyślaną i dopracowaną całość. Into the Breach jest fantastyczne i niewątpliwie znajdzie się w niejednym podsumowaniu najlepszych produkcji 2018 roku - i piszę to z wielkim przekonaniem, choć dopiero zaczął się marzec. Po ten tytuł zdecydowanie trzeba sięgnąć.

Plusy: Minusy:
  • głęboka rozgrywka
  • sporo jednostek do wyboru
  • różnorodne lokacje
  • system walki zmuszający do myślenia
  • oprawa dźwiękowa nie zachwyca
  • długi proces odblokowania wszystkich mechów

Platforma: PC - Premiera: 27 lutego 2018 - Wersja językowa: angielska - Rodzaj: strategia turowa - Dystrybucja: cyfrowa - Cena: 54 zł - Producent: Subset Games - Wydawca: Subset Games

Recenzja Into the Breach została przygotowana na podstawie egzemplarza dostarczonego nieodpłatnie przez firmę Subset Games.

Reklama

O autorze

Mateusz Zdanowicz

Mateusz Zdanowicz

Redakcja Eurogamer.pl

Mateusz dołączył do zespołu w 2013 roku. Jest z-cą redaktora naczelnego, opiekuje się naszym kanałem YouTube, przygotowuje artykuły i recenzje, a czasami także poradniki. Człowiek orkiestra i miłośnik gier niezależnych.

Więcej artykułów od Mateusz Zdanowicz

Komentarze (7)

Ukryj komentarze z niską oceną
Sortuj:
Wątki z odpowiedziami

Powiązane materiały