Krótka, okrojona i niedokończona. Plus zmarnowany potencjał na znakomitą, intrygującą grę SF.

Pierwotnie Cradle miało zadebiutować w 2012 roku, ale gra przygodowa ukraińskiego studia Flying Cafe for Semianimals ukazała się dopiero w ubiegłym tygodniu - 24 lipca. Ponad cztery lata pracy przełożyły się na cztery godziny rozgrywki, a zakończenie i tak zdaje się sugerować, że śpieszono się, by wydać cokolwiek.

Czteroosobowa grupa deweloperów, jak zresztą większość twórców gier na Ukrainie, wywodzi się z firmy GSC Game World, odpowiedzialnej w przeszłości za serię Stalker. Trzeba przyznać, że i w Cradle widać echo tych postapokaliptycznych strzelanek, widoczne w oprawie artystycznej, ciekawej fabule czy warstwie technicznej.

To właśnie opowieść jest najciekawszą stroną gry. Deweloperom za pomocą jednej lokacji i dwóch postaci udało się wykreować interesujące i przekonujące uniwersum, które zasługuje jednak na nieco szerszą eksplorację.

Cradle 5
Ta pani jest kluczem do rozwikłania tajemnicy

Budzimy się pobawieni wspomnień, gdzieś w jurcie na mongolskim stepie. Spojrzenie na wiszący przy drzwiach kalendarz ujawnia, że mamy rok 2077. Przeglądając znajdujące się wszędzie zapiski i gazety zaczynamy powoli odkrywać kolejne fragmenty: ludzie utracili zdolność rozmnażania, więc do czasu znalezienia rozwiązania tego problemu zaczęli przenosić swoją tożsamość do mechanicznych androidów.

Na stole w naszej przytulnej jurcie znajduje się właśnie jedno z takich ciał, ale zdekompletowane. W toku rozgrywki staramy się naprawić androida - Idę. Jednocześnie odkrywamy wskazówki o przeszłości głównego bohatera i kobiety, a także poznajemy więcej szczegółów na temat otaczającego nas świata, który - jak się szybko okazuje - ma sporo problemów.

Cradle 6
Wśród sześcianów spędzimy sporo czasu

Większość detali poznajemy w rozmowach z Idą, przeplatanymi fragmentami rozgrywki. Tutaj robi się już mniej ciekawie. Akcję obserwujemy z perspektywy pierwszej osoby, manipulując znajdowanymi w świecie przedmiotami przy pomocy niezbyt wygodnego sterowania. Całość przypomina klasyczną przygodówkę: znajdź trzy baterie, przynieść owoce z drzewa, przygotuj jedzenie.

Są też momenty, które służą chyba tylko do sztucznego wydłużenia rozgrywki. Jest więc zadanie polegające na skanowaniu kwiatków za pomocą specjalnego przyrządu - trzeba znaleźć te najładniejsze egzemplarze. Nie brakuje też mnóstwa biegania, ale tylko w dwie strony - twórcy przygotowali na dobrą sprawę tylko dwie lokacje, pomiędzy którymi ciągle kursujemy.

Chcąc odkryć kolejne części opowieści, musimy najczęściej zdobyć nowe części ciała dla Idy. Te odkryjemy w pobliskim parku rozgrywki, lecz aby je zabrać, należy najpierw zagrać w mini-grę, przypominającą... futurystyczny Minecraft - w wirtualnej rzeczywistości zbieramy kolorowe sześciany.

Sekcje tego typu mają uzasadnienie w fabule, co nie zmienia jednak faktu, że są nudne, powtarzalne i w ogóle nie pasują do wykreowanego świata.

Wyjście z jurty ujawnia bowiem ogromny i ekscytujący krajobraz, sugerujący eksplorację odległych wzgórz i tajemniczej sieci kolejki. Ostatecznie otrzymujemy jednak pustkowie, dwie lokacje, dwie postacie, kilka zagadek środowiskowych w najbliższej okolicy oraz całe mnóstwo zbierania kolorowych sześcianów.

Jeszcze większym rozczarowaniem jest jednak niespodziewane i nagłe zakończenie. Możliwe, że deweloperzy rzeczywiście w taki sposób chcieli zakończyć snutą opowieść, ale bardziej prawdopodobne jest, że po tak długim oczekiwaniu chciano po prostu wydać grę na światło dzienne. Epilog może i odpowiada na część pytań, ale to tylko przerywnik filmowy, gwałtownie przerywający rozgrywkę i zostawiający poczucie niedosytu.

Cradle wygląda ładnie, a dziwna nieco oprawa idealnie pasuje do opowieści i realiów świata. Już samo miejsce akcji - mongolska jurta i okolice- to na pewno nie standardowa miejscówka dla futurystycznych gier wideo. Tutaj jednak sprawdza się świetnie. Tego samego nie można niestety powiedzieć o kwestiach technicznych: w menu brakuje opcji graficznych, a gra potrafi obciążyć najmocniejszy nawet komputer, bez wyraźnych powodów notując tragiczne spadki liczby klatek na sekundę.

Cradle 1
Widoki bywają ładne, ale nie ma ich zbyt wiele

Na pochwałę zasługuje także muzyka - od idealnego podkreślania wydarzeń na ekranie, do udanej piosenki w napisach kończących. Ponownie trzeba jednak wspomnieć o drugiej stronie medalu: gra aktorska - a zwłaszcza głos naszego bohatera - wypada mocno średnio, płasko i bez przekonania.

Po kilku godzinach bez ostrzeżenia opuszczamy więc świat, który w zaledwie kilka chwil udało się wykreować jako jedno z ciekawszych uniwersów science-fiction ostatnich lat, i to tylko za pomocą dialogów czy małych skrawków papieru, powtykanych w przeróżne miejsca w naszym namiocie.

To niebywałe osiągnięcie i najmocniejszy punkt produkcji, ale chcemy więcej. Największym grzechem Cradle jest jednak to, że tej ciekawej opowieści i intrygującego świata nie udało się przekuć na równie dobrą grę wideo.

5 /10

Reklama

Komentarze (2)

Ukryj komentarze z niską oceną
Sortuj:
Wątki z odpowiedziami

Powiązane materiały