Zrobieni w wojnę

„Newsweek” pisze o This War of Mine.

W ostatnim numerze „Newsweeka” ukazał się artykuł Marka Rabija na temat najnowszej produkcji warszawskiego 11 bit studios - gry This War of Mine. „Jak zarobić na wojnie” nie jest jednak tekstem z refleksją o grze, która osiągając komercyjny sukces na światowym rynku, zaskakuje także ciekawym przesłaniem. To przede wszystkim kolejna w mainstreamowych mediach próba ukazania gier jako pozbawionej moralności zabawy, na której zarabia się poważne pieniądze.

Grafika konceptualna artykułu przedstawia parę cywili oddzielonych jedynie ścianą budynku od starcia żołnierzy wrogich frakcji. Poniżej, dla kontrastu, umieszczone zostało zdjęcie Pawła Miechowskiego i Karola Zajączkowskiego ze studia 11 bit. Obaj panowie uśmiechnięci spoglądają w obiektyw. Oni właśnie „zarobili na wojnie”.

Mamy też ładny, dziennikarski wyimek. „W realu jeszcze nie roz… nikomu łba, ale coś takiego chyba mocno ryje człowiekowi beret” - dziwi się swej postaci jeden z graczy. Autor tekstu przywołuje fragmenty wywiadu z twórcami gry, jednak rozmowa skupia się na brutalności przekazu i wulgarnym języku. Rabij wprost przyznaje się do prowokacji, gdy pyta Miechowskiego i Zajączkowskiego, czy ich kolejna gra traktowała będzie o Auschwitz.

Nie do końca wiadomo, o co tak naprawdę chodzi autorowi - wygląda to troszkę tak, jakby tekst - na przekór autentycznej wartości gry, tak w sferze rozgrywki, jak i pogłębionej refleksji - został przygotowany pod z góry założoną tezę. W opinii autora sukces finansowy został osiągnięty wyłącznie poprzez ukazanie przemocy i okrucieństwa wojny, a popularność This War of Mine zyskało dzięki przelanej na ekranie krwi. Co ważniejsze, gra jako forma rozrywki nie powinna takiej tematyki w ogóle podejmować.

1
Sukces komercyjny This War of Mine zaskoczył twórców gry. Kurs akcji 11 bit studios poszybował w górę. Nakłady zwróciły się w ciągu dwóch dni sprzedaży.

Teza podparta jest - a jakże - wypowiedzą psychologa społecznego z Uniwersytetu Jagiellońskiego, profesora Zbigniewa Nęckiego. Ten uważa grę za „kolejną cyberzabawę”, spłycającą przedstawienie relacji międzyludzkich w sytuacji ekstremalnych. Mówi również o wykorzystywaniu postaci niezależnych w grze w celu uzyskania „ewentualnych korzyści”.

W tekście nie zabrakło oklepanych informacji na temat rynku gier. Czytamy więc, że osób sięgających po zabawę tego typu przynajmniej raz w miesiącu jest już ponad półtora miliarda; że Activision wydało pięćset milionów dolarów na promocję Destiny; że GTA 5 zarobiło w trzy dni ponad miliard; w końcu, że oprócz „uzależnionych od konsol nastolatków”, istnieją również gracze w wieku 30-40 lat, i że to waśnie do tej grupy skierowany jest tytuł od 11 bit studios.

Na podstawie tego tekstu można zbudować całkowicie mylny obraz gry polskiego studia.

Czemu więc autor zarzuca grze dla dorosłego odbiorcy realistyczne przedstawienie przemocy i bezpośredniość języka, nie wiadomo - jeżeli This War of Mine zaprojektowane zostało z myślą o starszym graczu, wszelkiego rodzaju próby „ułagodzenia” świata przedstawionego czy koncepcji rozgrywki mogły doprowadzić do dysonansu pomiędzy warstwą fabularną a gameplay'em.

Końcówka artykułu to ukazanie wyborów, jakie podejmowane są podczas obcowania z This War of Mine. Przytoczony przykład z mordowaniem staruszki w celu odebrania jej leków jest oczywiście ekstremalny, tak jak przypisywanie graczom działania w myśli doktryny Machiavelliego: „cel uświęca środki”. Pojawia się w końcu cytat ze sloganu, inaczej odczytywany przez Miechowskiego, który widzi w nim refleksję nad konsekwencjami podjętych decyzji, a inaczej przez Rabija, dziwiącego się nad łatwością w dopuszczaniu się okrucieństw przez graczy.

Prawda jest taka, że na podstawie tego tekstu można zbudować całkowicie mylny obraz gry polskiego studia: produkcji o konieczności zabijania w celu zapewnienia sobie możliwości przetrwania wojennego chaosu. Jednak każdy, kto miał styczność z tytułem dłużej wie, że to tylko jedna z oferowanych możliwości.

Świadczą o tym historie graczy, którzy oddawali swoje zapasy potrzebującym i bronili słabszych - nie oczekując niczego w zamian. This War of Mine zmusza do refleksji nad moralnością i wartością ludzkiego życia. Robi to w sposób tyle interesujący, co przecież rzadko spotykany w grach wideo czy dzisiejszym kinie - dlatego tak wartościowy. Jednak dla autora publikacji w „Newsweeku” tematyka wojny została wykorzystana z premedytacją, aby osiągnąć cele finansowe.

Zatrzymajmy się na chwilę. W zdecydowanej większości popularne gry wideo nastawione są na zysk. „Szeregowiec Ryan” nie był kręcony z potrzeby serca, bez względu na to, jaka idea przyświecała reżyserowi i pozostałym twórcom. Na końcu liczyło się to, aby inwestycja wytwórni i producentów przyniosła korzyści finansowe.

Nie przeszkadzało to jednak w przedstawieniu wojny w sposób nieznany do tej pory masowemu odbiorcy - bez względu na to, czy obraz został uproszczony, czy zostały zaakcentowane elementy w wojnie mniej obecne. To samo czyni This War of Mine - gra ukazuje z niespotykaną dotąd dojrzałością losy cywili w targanym konfliktem mieście. Z jednej strony mamy więc twórców, którzy realizowali ciekawą wizję w nowym przecież medium, jakim są gry wideo. Z drugiej, producent i wydawca - studio 11 bit - liczyło na odpowiedni zwrot z inwestycji - i nie ma w tym absolutnie nic złego.

GTA 5 musi pojawiać się zawsze tam, gdzie w mediach mainstreamowych toczy się dyskusja o zarabianiu pieniędzy na kontrowersyjnych grach.

Smuci fakt, że w mediach ogólnokrajowych wciąż funkcjonuje obraz gier wideo jako niedojrzałej rozrywki, zwyczajnej „zabawy”, szczególniej w przypadku gier niezależnych, które często wychodzą naprzeciw utartym schematom wielu gier wysokobudżetowych. Była szansa, aby tę ciekawostkę zaakcentować.

Projekty wyłamujące się ze znanego postronnym osobom schematu (z jednej strony „Doom”, z drugiej strony - „Mario”), albo zostają ignorowane, albo wręcz krytykowane i atakowane przez dziennikarzy tygodników opinii, prasy bulwarowej czy telewizji. Twórcom takich gier odmawia się zaś prawa do poruszania wybranej tematyki i wykorzystywania środków wyrazu, które dawno już zadomowiły się w innych obszarach kultury popularnej.

Marek Rabij, autor tekstu z „Newsweeka”, w jednym z komentarzy na blogu Zgrana Rodzina przyznał, że „nie zna się na grach, więc nie może i nie chce ich oceniać”, choć w This War of Mine grał przez dwa dni. Tłumaczy, że tekst powstał dla tygodnika opinii i że nie jest recenzją, a jego intencją było przede wszystkim dowiedzieć się, dlaczego twórcy łamią „kulturowe tabu”, jaki jest sens tego zabiegu i jaki jest bilans.

Wszystko to brzmi bardzo pięknie, ale niestety nie ma odbicia już w samej publikacji, która jest przygotowana w sposób wyraźnie jednostronny i powierzchowny.

Rabij przekonuje, że rozmawiał z twórcami i podobno nie czują się obrażeni. - Czytanie tego artykułu po prostu wzbudza w nas uczucie zażenowania - przyznaje tymczasem Paweł Miechowski w rozmowie z Polygamią.

Problem polega na tym, że dzisiejszych graczy nie można już tak łatwo szufladkować, a gier wideo wciąż traktować w sposób wybiórczy i pozbawiony głębszej refleksji. Gracze dojrzeli już do dorosłych opowieści o wojnie. Tekst z „Newsweeka” udowodnił jedynie, że nie wszyscy jeszcze dorośli, aby o takich grach pisać w sposób właściwy.

Reklama

Skocz do komentarzy (10)

O autorze

Adam Tobojka

Adam Tobojka

Autor

Gdy nie nie gra, stara się udowodnić, że komiks współczesny dorównuje kunsztem dziełom Dostojewskiego. Tęskni za Futuramą.

Powiązane materiały

Na stronie

Komentarze (10)

Ukryj komentarze z niską oceną
Sortuj:
Wątki z odpowiedziami