The Showdown Effect - Recenzja

Odważna i szalona gra zręcznościowa. Sentymentalna podróż w końcowe lata XX wieku.

The Showdown Effect to odważna i szalona gra zręcznościowa; sentymentalna podróż w końcowe lata XX wieku. Odważna, bo jest bardzo wymagająca - trudno opanować podstawy rozgrywki i wygrać jakikolwiek pojedynek. Szalona, bo miecze świetlne stają tu do walki z bazookami, a mistrzowie sztuk walki ze szkolnymi dziewczynkami. Sentymentalna, bo przywodzi na myśl pierwsze odsłony serii Quake i Worms, jednocześnie mając własny, niepowtarzalny charakter.

The Showdown Effect to pastisz i jednocześnie karykatura kina akcji z lat 80. i 90. To platformowa gra akcji, w której postacie i plansze są trójwymiarowe, ale całość podziwiamy z profilu. Na początku rozgrywki czeka mała niespodzianka - w neonowym menu stylizowanym na telewizor kineskopowy powita nas piekielnie dobra, rockowa muzyka, ale... nie uświadczymy żadnego filmu wprowadzającego czy choćby zarysu fabuły. Jedyna możliwość poznania zasad sieciowych strzelanin to włączenie samouczka.

2
Facet chce się leczyć, a kobieta mu nożem w plecy - ech, co za czasy!

I tu, na dzień dobry, zaczynają się schody. Poziom testowy każe biegać po całej mapie i zlikwidować kilka nieruchomych kukieł treningowych. Problem w tym, że po zaliczeniu wszystkich celów i dołączeniu do pierwszej gry w sieci wciąż jesteśmy zieloni. Więcej istotniejszych wskazówek dotyczących sterowania postacią dowiemy się z plansz, które pojawiają się w trakcie ładowania poziomów. Warto je przestudiować, bo drugie imię The Showdown Effect to parkour.

Efektowne skoki, wślizgi, tarzanie się po ziemi, szalona wspinaczka po żyrandolach, czy ześlizgiwanie się ze ścian to podstawy udanej zabawy. Stanie w miejscu kończy się szybką śmiercią, a ruchomy przeciwnik to trudniejszy cel. Choć krew leje się gęsto, kreskówkowa grafika i zabawne odzywki bohaterów na każdym kroku przypominają, że to tylko zabawa.

Zanim jednak zgłębimy sztukę zabijania, wybieramy w menu jedną spośród czterech dostępnych postaci. Do dyspozycji mamy klona Johna McClane'a ze „Szklanej Pułapki” z karabinem maszynowym, japońską uczennicę dzierżącą w dłoniach katanę, czy uzbrojonego po zęby, czarnoskórego członka oddziału Delta Force. Każdy bohater ma specjalną umiejętność, którą możemy od czasu do czasu aktywować w trakcie potyczek. Chwilowa osłona wzmacniająca odporność, granaty odłamkowe czy plecak odrzutowy to tylko część przydatnych gadżetów, które - sensownie używane - potrafią całkowicie odmienić losy pojedynku.

Pozostałych czterech bohaterów, przebrania, dodatkowe bronie i ich alternatywny wygląd odblokujemy za pieniądze zdobyte na polu walki. Nic nie stoi na przeszkodzie, by emerytowany wojownik ninja biegał w średniowiecznych szatach, albo by katanę zastąpić czerwonym mieczem świetlnym. Większość świecidełek wprowadza tylko kosmetyczne zmiany, a wszystkie istotne elementy możemy zdobyć po kilku godzinach grania lub skorzystać z prawdziwej waluty w całkowicie opcjonalnym sklepie.

Poziomy, na których rozgrywamy klasyczne lub drużynowe deathmatche przypominają side-scrollowe gry typu Mario. To prostokątne, wielopoziomowe areny, pełne małych pokoi, balkonów, szybów wentylacyjnych czy podziemnych kanałów. Niestety, dostępne są tylko cztery plansze - dwie stylizowane na średniowieczny zamek, a dwie rozgrywane w neonowym, kolorowym Tokio. Na każdej mapie cel zawsze jest ten sam. Naszym zadaniem jest pokonać jak największą ilość przeciwników w określonym czasie i unikać własnej śmierci.

„The Showdown Effect wysoki poziom trudności i bolączki techniczne rekompensuje dynamiczną, szaloną, krwawą, ale i zabawną rozgrywką.”

1
W grze dostępne są cztery klasyczne tryby sieciowe, ale wszyscy gracze zgodnie wybierają typowy deathmatch

Etapy wysłane są najróżniejszym orężem, którym możemy walczyć wręcz lub rzucać na sporą odległość. Worek z mąką, sztylet wbity w drewnianą tarczę, a może wiszący na ścianie krzyż? The Showdown Effect to „wolna amerykanka” - możemy okładać się wszystkim, co mamy za pazuchą i znajdziemy na mapie. Rozgrywkę urozmaicają windy, którymi przemieszczamy się i szybko pokonujemy spore odległości w pionie. Naturalnie, wychodząc z tego środka transportu możemy się spodziewać przyczajonego przeciwnika, częstującego nas serią pocisków z uzi. Przeżycie kilkudziesięciu sekund jest najtrudniejsze.

Niełatwa to sztuka, bo na każdym kroku czyhają niespodzianki. A to na dach straganu, na którym stoimy, ktoś się wdrapał i poszatkował nas kilkoma cięciami mieczem. A to wspięliśmy się po wysokiej ścianie, a na samej górze dostaliśmy w głowę halabardą od przeciwnika, który ledwo ją podniósł. Albo wbiegliśmy do pokoju, w którym ktoś właśnie wystrzelił pocisk z rakietnicy lub rzucał na ślepo shurikenami. Cierpliwość i pokora to cechy wojownika idealnego. W The Showdown Effect giniemy często, także przypadkowo, niezależnie od nabytych umiejętności. To niezwykle trudna gra, w której albo poczujemy się jak ryba w wodzie, albo utoniemy przy pierwszym skoku na główkę.

3
Mapy są finezyjne, zróżnicowane i pełne zabójczych niespodzianek

Dodatkowym utrudnieniem zabawy jest system celowania. Otóż, nie możemy sobie ot tak, po prostu, strzelać w dowolnym kierunku świata mając nadzieję, że ktoś wpadnie na pociski i zaliczymy punkt. Aby trafić przeciwnika, należy trzymać kursor myszki non-stop na jego ciele. Czasami graniczy to z cudem, bo co sprawniejsi gracze potrafią wykonywać w powietrzu takie akrobacje, że zanim wycelujemy - zginiemy z ich rąk. Niekiedy, paradoksalnie, lepiej jest używać broni białej przeciwko strzelbom i granatom, bo łatwiej jest nimi trafić wroga.

Brzmi szalenie i niepoważnie? Taka właśnie jest cała gra. Aby opanować zręczne poruszanie się, płynne przełączanie arsenału i precyzyjne celowanie należy poświęcić sporo czasu i nerwów. Do tego dochodzi jeszcze możliwość leczenia ran i przeładowywania broni, choć rzadko jest na to czas i miejsce.

Największą wadą tytułu jest mechanizm, na którym oparte są rozgrywki sieciowe, czyli de facto cała gra. The Showdown Effect nie posiada dedykowanych serwerów! Możemy stworzyć własny mecz lub dołączyć do dostępnego z listy, ale za każdym razem należy liczyć się z opóźnieniami widocznymi na ekranie względem rzeczywiście wykonywanych akcji. Ten kompletnie niezrozumiały zabieg może napsuć krwi, a gracze z większym pingiem nie mają szans na polu walki. Skoro gra wymaga od nas chirurgicznej precyzji w celowaniu, to jak nie polec w konfrontacji z zacinającą się animacją postaci?

Dlatego rozgrywka daje najwięcej frajdy wtedy, gdy opóźnienia są minimalne, lub gdy bawimy się w „znajdź mnie i zabij” we własnym gronie ze znajomymi. The Showdown Effect wysoki poziom trudności i bolączki techniczne rekompensuje dynamiczną, szaloną, krwawą, ale i zabawną rozgrywką, która swym urokiem skradła wiele godzin z mego życia i jeszcze co najmniej drugie tyle zabierze.

7 /10

Reklama

Powiązane materiały

Na stronie

Komentarze (0)

Komentarze zostały zamknięte.

Ukryj komentarze z niską oceną
Sortuj:
Wątki z odpowiedziami