Jeśli klikniesz link i dokonasz zakupu, możemy otrzymać małą prowizję. Zobacz politykę redakcyjną.

30 FPS w grach powinno przejść do historii. Wolę płynność od grafiki

Najważniejszy jest komfort.

Mamy 2022 rok, a niektórzy gracze wciąż wybierają rozgrywkę w 30 FPS, nawet mając alternatywę w postaci większej płynności. Muszę przyznać, że jest to dla mnie zjawisko równie fascynujące, co niezrozumiałe.

Oczywiście każdy ma wolną wolę i może grać, jak tylko mu się podoba. Zawsze wydawało mi się jednak, że podstawą jest komfort zabawy, nie grafika. A trudno nazwać komfortem cofnięcie się do 30 klatek na sekundę w sytuacji, gdy nawet dla konsol standardem staje się 60 FPS, a PS5 i Xbox Series X w całkiem sporej liczbie tytułów wkraczają już na terytorium 120 FPS.

Aktualnie strategia deweloperów opiera się na zagwarantowaniu wyboru, bo wiele nowych gier ma po prostu różne tryby działania na konsolach. Świetnie, że każdy może bawić się tak, jak lubi, ale przyznam, że wciąż nie rozumiem osób, które wolą mieć na ekranie kilka pikseli więcej, kosztem bolesnego spadku płynności obrazu. Tym bardziej że w dobie rozwiązań takich jak DLSS czy FidelityFX Super Resolution na PC oraz innych sztuczek na konsolach, strata jakości oprawy nie jest wcale dotkliwa, a nagroda w postaci większej liczby FPS - ogromna.

Nowy Horizon to szczególny przypadek, bo przed niedawnym patchem gra wyglądała miejscami naprawdę gorzej w 60 FPS. Wciąż zdecydowanie wolałem jednak ten tryb

Niektórzy są zdania, że wysoka płynność jest potrzebna tylko do niektórych gier, a inne spokojnie można uruchamiać w 30 FPS. Moim zdaniem to nieprawda. Jedyne tytuły, w których teraz zaakceptowałbym 30 FPS, to chyba przygodówki point-and-click, w których kamera jest całkowicie statyczna. Być może to „klątwa” grania na PC, ale nie wyobrażam sobie huśtania się na sieci w Nowym Jorku czy starcia Aloy z mechanicznymi dinozaurami w tak niskiej płynności. Nikt już chyba nie wierzy w bajki pokroju „filmowych 30 klatek na sekundę”, prawda?

Właśnie z tego względu w Horizon Forbidden West na PS5 od razu przełączyłem na tryb płynności, a 30 FPS w Spider-Man: Miles Morales włączyłem tylko na kilka minut, by zobaczyć różnice, które wcale nie były oszałamiające. Właśnie dlatego odpalając strzelankę na PC obniżam grafikę tak, by uzyskać 120 klatek na sekundę.

Oczywiście nie mówię o sytuacji, kiedy od niskiej płynności nie da się uciec. Nie każdy sprzęt PC ma odpowiednią moc, nie każdy monitor ma odpowiednie odświeżanie, a w przypadku PS4 czy Xbox One nie mamy rzecz jasna wyboru. Mało tego, wydane przecież jeszcze na poprzedniej generacji The Last of Us 2 czy Uncharted 4 były prawdziwymi wizualnymi widowiskami, wyciskającymi ostatnie soki z konsoli Sony. Nie byłoby to możliwe bez ograniczenia do 30 FPS i być może te wspaniałe tytuły nie wywołałyby takiego wrażenia, gdyby nie przerzucenie mocy obliczeniowej właśnie na oprawę wizualną.

Przyznaję, że Uncharted 4 i The Last of Us 2 wyglądały wręcz nierealnie na PS4. Tylko to 30 FPS...

Osiągnęliśmy już jednak taki poziom grafiki, że 60 FPS powinno być absolutnie minimalną granicą płynności, od której dopiero można myśleć o wodotryskach wizualnych. Gry z nowych konsol uruchomione w 60 FPS i tak wyglądają lepiej niż hity poprzedniej generacji. Niech więc powstają kolejne perełki graficzne, ale działające w płynności, która jest godna dzisiejszych czasów.

Zresztą nie chodzi tylko o płynność. Więcej FPS zmniejsza też tzw. input lag. Różnica opóźnienia reakcji gry między 30 FPS a 144 FPS jest wprost kolosalna, a sam miałem okazję ją poczuć, grając w Rocket League na Switchu po spędzeniu setek godzin w tym tytule na PC. Na konsoli Nintendo początkowo nie potrafiłem strzelić ani jednego gola, bo nie trafiałem czysto w piłkę.

Z tego względu mam też duży problem ze Switchem w ogóle. Oferuje on co prawda 60 FPS, ale tylko w garstce dużych tytułów. Z nadzieją spoglądam w kierunku japońskiego koncernu, ale Nintendo milczy w sprawie Switcha „Pro”. Szkoda, bo to nie jest już nawet najwyższy czas. Najwyższy czas już minął.

Mario Kart 8 Deluxe działa na Switchu w 60 klatkach, ale nie gdy chcemy zagrać co najmniej dwójką znajomych

Pamiętam jak przed ogłoszeniem Xbox Series X i PS5 eksperci przewidywali, że deweloperzy ponownie będą stawiać raczej na 30 FPS, a ja łapałem się za głowę z niedowierzaniem. Na całe szczęście prognozy się nie sprawdziły i jako posiadacz PlayStation 5 cieszę się, że mogłem zagrać we wszystkie większe gry na tej konsoli właśnie w 60 klatkach. Na Xbox Series X jest podobnie (z pewnymi wyjątkami w przypadku Series S), a dodatkowo program FPS Boost pozwala tam zagrać w dobrej płynności nawet w starsze produkcje.

Mamy wybór i z tego trzeba się cieszyć. Uważam jednak, że mroczne czasy „growego średniowiecza” powinny odejść w zapomnienie. A tym jest dla mnie właśnie 30 klatek na sekundę.

O autorze

Awatar Przemysław Wańtuchowicz

Przemysław Wańtuchowicz

Deputy Editor

Przemek jest z-cą redaktora naczelnego, nadzoruje dział informacyjny oraz wspomaga kierowanie działem poradników. Jako dziecko marzył, by zawodowo rysować, żonglować lub grać na gitarze - dwie pierwsze czynności wychodzą mu całkiem nieźle.

Komentarze