Eurogamer.pl

Tokyo 42 - Recenzja

Problemy z perspektywą.

Solidny pomysł na oryginalną rozgrywkę trzeba pochwalić. Szkoda, że nie zapewniono też odpowiednio dobrej realizacji ciekawych założeń.

Futurystyczne Tokio w produkcji SMAC Games wygląda jak schludna i różnorodna makieta, pełna budowli, którym chcemy przyjrzeć się z każdej strony. Niestety, kiedy zaczynamy zwiedzać dioramę, na pierwszy plan wychodzą problemy z gatunku tych trudnych do zignorowania.

Tokyo 42 przedstawia świat, gdzie ludzie nie umierają, a przynajmniej nie na długo - dzięki nanitom szybko odradzają się w nowym ciele. Metropolia przyszłości jest barwnym i na pozór przyjaznym miejscem, jednak gdy tylko zaczniemy odkrywać fabułę i wczytamy się w wypowiedzi przechodniów, odkryjemy, że pod przyjemną otoczką kryje się ponura, cyberpunkowa rzeczywistość.

Zabawę zaczynamy z hukiem - ktoś wrobił nas w morderstwo, a policja czeka tuż za rogiem. Ucieczka w deszczu kul, pomoc od nieznajomego i krótka wymiana zdań to jedyne, co dzieli nas od przejścia od roli ściganego do początku kariery zabójcy. Naszym celem jest oczywiście znalezienie sprawców całego zamieszania, a najłatwiej będzie to zrobić po trupach.

Do wykonania mamy szereg misji, podczas których stopniowo budujemy swoją renomę i gromadzimy fundusze, by rozszerzyć arsenał lub uzupełnić amunicję. Nie ma tu żadnej mechaniki progresji poza rosnącą z każdym zadaniem reputacją - każdy z typów uzbrojenia dostępny jest od początku, a za zgromadzoną gotówkę możemy jedynie kupić warianty różniące się rozrzutem, głośnością czy szybkością pocisków.

20170615145247_1

Nietypowa perspektywa robi niezłe wrażenie - przynajmniej na początku

Mieszkańcy miasta przyszłości okiełznali śmierć, więc umieranie nic nas nie kosztuje - podczas misji nie tracimy nawet pocisków i granatów, jeśli zginiemy nim uda nam się wykonać zlecenie. Wszystko wraca do stanu sprzed kilku chwil, dzięki czemu możemy swobodnie testować różne strategie i podejścia do co trudniejszych celów, nie martwiąc się, że nagle zabraknie nam ołowiu.

Zabawa w zabójcę często zmienia się w wielką strzelaninę, podczas której wrogowie rozbiegają się w różnych kierunkach, a pociski wypełniają całą wolną przestrzeń. Uskakiwanie przed kulami, chowanie się za budynkami i korzystanie z granatów okazuje się praktycznie niezbędne, a poziom trudności sprawia, że niemal do każdej misji podchodzimy kilka razy.

Twórcy dają pewną swobodę w zakresie eliminowania celów. Choć część zadań wymaga użycia konkretnej broni czy dotarcia do ofiary niewykrytym, przez większość czasu możemy decydować, czy wolimy strzelać do wszystkiego, co się rusza czy bawić się z przeciwnikami w podchody. Sęk w tym, że udawanie ducha nie jest w żaden sposób satysfakcjonujące, szczególnie że czasem wrogowie widzą nas spoza ekranu, a sytuacji, gdy pewny strzał z karabinu snajperskiego jakimś cudem nie trafia, jest aż nadto.

Świat oglądamy w izometrycznej perspektywie, możemy jednak obracać kamerę, by oglądać miasto w jednym z ośmiu rzutów. Jest to praktycznie wymagane, bowiem w Tokio przyszłości dość łatwo się zgubić - widok często przesłaniają budynki czy pomniki, a problemy z odwzorowaniem głębi sprawiają, że bez spojrzenia z kilku stron trudno ocenić, czy zeskakując z budynku nie polecimy w przepaść.

Wyzwanie oferowane przez Tokyo 42 ma przypominać nieco klasyczne gry Syndicate i Syndicate Wars, gdzie w żywym, pełnym ludzi mieście walczymy z gangami i przedstawicielami korporacjami. W praktyce największym przeciwnikiem jest jednak wspomniana wcześniej perspektywa.

Problemów z kamerą jest kilka. Rozmazujące obiekty w dalszym planie filtry sprawiają, że pod pewnymi kątami zwyczajnie nie widzimy celów, a służący za celownik kursor ma kłopoty z przechodzeniem między płaszczyznami. W rezultacie zdarza się, że celując w przeciwników stojących na balkonie, strzelamy nad ich głowami lub w innym kierunku. Równie ciężko jest zresztą ocenić, czy nadlatujące kule mają w ogóle szansę trafić bohatera.

Najbardziej frustrującym elementem gry jest jednak motor, na którym wykonujemy parę zadań. Przy najlżejszym naciśnięciu klawisza pojazd rusza gwałtownie do przodu, nurkując między przeszkodami, zmuszając nas do nieustannego obracania kamery, by nie stracić go z oczu. Kiedy dodatkowo okazuje się, że bez zsiadania z jednokołowca musimy wyeliminować kilka grup wrogów, Tokyo 42 staje się dość przykrym doświadczeniem.

Także strona wizualna nie zachwyca. Modele zaludniających Tokio postaci są dość prymitywne i są na tyle szczegółowe, by dało się ustalić, czy stoją do nas przodem, o ile mają w rękach broń. Samo miasto najlepiej prezentuje się oglądane z dużej odległości, bowiem na zbliżeniach szybko zaczynamy zauważać nierówne wykonanie tekstur i kiepską jakość zdobiących planszę detali.

20170705211116_1

Strzelaniny nie należą do najprzyjemniejszych, gdyż są po prostu nieczytelne

Kolekcjonerskie perełki Cenne i rzadkie egzemplarze gier wideo. Kolekcjonerskie perełki

Sytuacji nie ratuje nawet różnorodność budynków, w których często ukryte są znajdźki i łamigłówki odblokowujące dostęp do sekretów. Fakt, że droga na dach budowli widoczna jest tylko po ustawieniu kamery w odpowiedni sposób albo wymaga błądzenia na ślepo sprawia, że dość szybko odechciewa się szukać skórek do broni czy nowych ciuchów dla naszych klonów.

Dość dziwną decyzją jest także zaimplementowanie pikselartowej grafiki podczas rozmów. Choć te dwuwymiarowe wstawki wykonane zostały naprawdę schludnie, kompletnie nie pasują do świata gry. Pewną pociechę oferuje natomiast solidny soundtrack autorstwa Beat Vince'a. Świetnie buduje on cyberpunkowy nastrój i sprawia, że od przygody trudno się oderwać nawet, gdy stanie się frustrująca.

Tokyo 42 zwróciło uwagę wielu jeszcze przed premierą - wyglądało na wyjątkowo interesującą i nietypową produkcję. Ciekawy projekt został jednak pogrzebany pod natłokiem niedoróbek i niezbyt ciekawą fabułą, przez co trudno tę grę polecić.

Reklama

Komentarze (1)

Załóż konto

lub

  • Wczytywanie...