Eurogamer.pl

Warhammer 40,000: Sanctus Reach - Recenzja

W prostocie siła.

Nowa strategia w świecie Warhammera 40,000 jest przyjemna, ale zbyt prosta, by wciągnąć na dłużej.

Sanctus Reach to figurkowy Warhammer 40,000 w niemal czystej formie - gra zbudowana wokół potyczek dwóch armii, korzystająca z lekko zmodyfikowanych „stołowych” zasad.

Takie podejście z jednej strony skutkuje solidną mechanicznie produkcją, która może dostarczyć sporo frajdy. Z czasem jednak brak porządnie zarysowanej fabuły i zróżnicowania w kolejnych rzucanych graczowi zadaniach staje się męczący.

Przez kilkadziesiąt godzin potrzebnych na ukończenie dwóch kampanii gracz kieruje zastępem nordyckich Space Marines - Space Wolves (tych samych, których oprotestowała ostatnio PETA za noszenie futer).

Dzielni żołnierze wycinają sobie drogę przez nieprzebrane rzesze swoich ulubionych wrogów, orków. Chociaż w teorii okoliczności konfliktu w systemie Sanctus Reach posiadają jakiś rys fabularny, jest on tak szczątkowy, że równie dobrze mógłby być nieobecny.

sr1

Oprawa nie zachwyca - to z pewnością nie pomaga w odbiorze

Marines mają do podbicia dwa regiony, które zajmują tocząc serię generowanych losowo potyczek, przetykanych od czasu do czasu zaprojektowanymi przez twórców specjalnymi misjami. Te ostatnie są w praktyce wielkimi bitwami między armiami złożonymi z dziesiątek jednostek. Każdemu oddziałowi wydajemy polecenia osobno, więc te batalie niejednokrotnie trwają kilka godzin.

Zdecydowanie najprzyjemniejszą formą zabawy są krótkie starcia. Niewielkie zgrupowania ludzi walczące z podobnych rozmiarów oddziałami zielonoskórych są w stanie zaoferować sensowne wyzwanie, które jednocześnie nie zjada nam połowy dnia. Niestety, już po paru partiach można się zorientować, że twórcy nie poradzili sobie najlepiej z projektowaniem sztucznej inteligencji, a głupotę komputer próbuje nadrabiać przewagą liczebną.

Celem niemal każdej potyczki jest kontrolowanie określonej liczby strategicznych lokacji. Właśnie w tym aspekcie najbardziej widać, jak mało bystry jest sterujący orkami przeciwnik - żeby zająć punkt kontrolny jednostka musi po prostu przez niego przejść, komputer zazwyczaj kompletnie ignoruje kluczowe pola, skupiając się na mordowaniu naszych żołnierzy. W rezultacie w misjach specjalnych, gdzie zazwyczaj nie jesteśmy w stanie wybić wszystkich wrogów, sztuczna inteligencja zwyczajnie się podkłada.

sr2

Niektóre animacje ciosów specjalnych przyciągają wzrok

Kolekcjonerskie perełki Cenne i rzadkie egzemplarze gier wideo. Kolekcjonerskie perełki

Oprawa wizualna nie rzuca na kolana, zawiera jednak kilka miłych dla oka smaczków. Widok orków zmieniających się pod wpływem ostrzału z karabinów lub ognia artyleryjskiego w krwawą paćkę jest dziwnie satysfakcjonujący, podobnie zresztą, jak terminatorzy miażdżący wrogów wręcz.

Sanctus Reach to tylko poprawne przeniesienie zasad Warhammera 40,000 w komputerowe realia. Możliwość gry zaledwie dwiema frakcjami, z czego jedną wyłącznie w losowych potyczkach, to zdecydowanie za mało. Szczególnie w połączeniu z kompletnym niemal brakiem fabuły i mocno słabującym klimatem.

6 / 10

Warhammer 40,000: Sanctus Reach - Recenzja Artur Cnotalski W prostocie siła. 2017-02-11T15:09:00+01:00 6 10
Reklama

Komentarze

Komentarze zostały zamknięte, ale możesz kontynuować dyskusję pod innymi materiałami lub na Forum!

  • Wczytywanie...