Eurogamer.pl

Everybody's Gone to the Rapture - Recenzja

Czas apokalipsy.

Skierowana raczej do wąskiego grona odbiorców nieszablonowa przygoda, która w dodatku olśniewa oprawą audiowizualną.

Twórcy Dear Esther ponownie zaskakują. Ich najnowsza produkcja wciąga intrygującą fabułą oraz olśniewa efektowną warstwą wizualną.

Z początkiem historii jako bezimienny obserwator przenosimy się do sennego angielskiego miasteczka Yaughton, położonego w malowniczej dolinie. To piękne domki, sielskie krajobrazy i zewsząd zachwycająca natura.

Jednak już po paru minutach rozglądania się po okolicy zaczynamy odczuwać niepokój. Odnosimy wrażenie, że jednak coś nie jest w porządku. Ten błogi nastrój skąpanej w słońcu osady burzą porzucone na ulicach samochody i pozostawione w pośpiechu przedmioty domowego użytku.

Część domów ma uchylone drzwi, jakby jeszcze chwilę temu ktoś wychodząc zapomniał je zamknąć. Wciąż towarzyszy nam cisza, którą tylko czasem przerywa ptasi śpiew lub podniosła muzyka. Ludzie - gdzie oni się wszyscy podziali?

1

Światła pomagają w znalezieniu ścieżki

Otacza nas pustka, z każdą chwilą budząca jednocześnie niepokój, ale też zaintrygowanie losem mieszkańców Yaughton. I tak oto wyruszamy na poszukiwania rozwiązania zagadki „końca świata”.

Everybody's Gone to the Rapture skupia się na powolnej eksploracji rozległego terenu miasteczka i jego najbliższej okolicy. W niespiesznym, wręcz spacerowym tempie poznajemy miejsce i przybliżony czas akcji gry; odkrywamy kolejne tajemnice ludzi zaglądając do uczęszczanych przez nich placów zabaw, przyglądając się miejscom spotkań, rozrywki i wypoczynku.

Co jakiś czas natkniemy się na radia nadające komunikaty w postaci ciągu cyfr oraz rozdzwonione telefony. Gdy zbliżymy się i wejdziemy z nimi w interakcję, to usłyszymy nagraną wiadomość głosową oraz podsłuchamy przeprowadzoną w przeszłości rozmowę, które przybliżą nas do poznania tego, co zaszło w osadzie.

Spacerując z miejsca na miejsce natkniemy się na tajemnicze kule światła, wchodzące w rolę przewodników naprowadzających do miejsc, w których zarejestrowały rozmowę jednego z kilku bohaterów gry. Widzimy tylko kontury projektowanej światłem postaci, emocje i dramaty przekazywane są za pomocą głosu. To właśnie te retrospekcje popychają rozgrywkę naprzód.

Dowiemy się z nich o konfliktach między mieszkańcami, o zdradach i miłościach, a także o nałożonej na dolinę kwarantannie, związanej z prawdopodobną epidemią.

Ale czy rzeczywiście to ona odpowiedzialna jest za zniknięcie ludzi? Czym są świetliste kule? Na te i inne pytania trzeba samemu poszukać odpowiedzi.

Fabuła jest wielowątkowa i niejednoznaczna. By ją zrozumieć, musimy dokładnie eksplorować świat gry, wsłuchiwać się w dialogi i wyciągać wnioski. Scenariusz być może momentami ociera się o zbyt nachalny patos. Zakończenie pozostawia natomiast pewien niedosyt.

Niewątpliwie zachwyca za to warstwa audiowizualna. Tytuł prezentuje się świetnie, równie wspaniale, co wydane w zeszłym roku Zaginięcie Ethana Cartera. Zmienne pory dnia i warunków atmosferycznych wypadają efektownie. Szkoda jednak, że nie brakuje miejsc, w których rozgrywka traci na płynności. Wybija to z immersji, choć nie jest też nazbyt częste.

Everybody's Gone to the Rapture również nie ustrzegło się i innych potknięć. Powolne poruszanie się postaci frustruje, często burząc tempo i odbierając radość czerpaną z rozgrywki. Ani przez chwilę nie opuszcza nas wrażenie, że to bardziej chęć wydłużenia sześciogodzinnej zabawy, niż próba nakłonienia do dokładniejszej eksploracji.

3

Miasteczko skrywa wiele tajemnic

Niewiele zmienia także możliwość „biegania”, która tylko minimalnie przyspiesza tempo poruszania się. Brakuje też większej liczby przedmiotów, którym moglibyśmy się przyjrzeć i domów, do których moglibyśmy zajrzeć.

Gadżety wszech czasów Cuda nad cudami. Gadżety wszech czasów

Bywa też, że zaczynamy się gubić w okolicy, bo w grze nie znajdziemy podręcznej mapy. Jedynym ratunkiem pozostają rozstawione tu i ówdzie drogowskazy, z zaznaczonym miejscem naszego aktualnego pobytu.

Tak czy inaczej, produkcja The Chinese Room to bez wątpienia kolejny udany eksperyment studia. Kapitalna kreacja świata i postaci, znakomite udźwiękowienie - w tym także świetny polski dubbing - a przede wszystkim rewelacyjna narracja, wciągają aż do napisów końcowych. Do gry warto jednak wracać, by odkrywać nowe wątki.

Everybody's Gone to the Rapture to gra nieszablonowa. Kierowana raczej do wąskiego grona odbiorców, stawiających historię i niespieszną eksplorację ponad szybką i efektowną akcję.

8 / 10

Everybody's Gone to the Rapture - Recenzja Damian Milczarek Czas apokalipsy. 2015-08-12T10:30:00+02:00 8 10
Reklama

Komentarze (12)

Komentarze zostały zamknięte, ale możesz kontynuować dyskusję pod innymi materiałami lub na Forum!