Nidhogg - Recenzja

Ostry miecz nie boli.

W Nidhogg czuć mocny powiew zamierzchłych czasów, kiedy na ekranie dominowały ogromne piksele, a klawiatura jęczała z bólu od ciosów zadawanych jednocześnie przez dwóch graczy.

Zasady są proste. Na planszy składającej się z kilku obrazów lądują dwie postacie uzbrojone w miecze. Zadaniem każdej z nich jest dotarcie na przeciwny koniec mapy, co nieustannie będzie utrudniał stale odradzający się przeciwnik. W jaki sposób? Możliwości jest cała masa - od klasycznego fechtunku, poprzez wykonywanie przewrotów i skoków, kończąc na rzucie mieczem. Całe sterowanie ogranicza się do czterech klawiszy kierunkowych i dwóch odpowiedzialnych za skok i atak.

Banalny system sprawia, że jego opanowanie zajmuje dosłownie kilka minut, w czym pomaga nieźle zrealizowany samouczek. Dzięki temu nawet ktoś nieobeznany z grą może dołączyć do zabawy i po kilku rundach prowadzić zaciekłe pojedynki. A te bywają naprawdę wciągające, zwłaszcza gdy gramy z żywym przeciwnikiem, siedzącym obok nas.

Pojedynki są często nieobliczalne. Zdarza się, że przy odrobinie szczęścia wykonamy parę perfekcyjnych ataków i dobrniemy do ekranu końcowego w kilkanaście sekund. Z kolei przy wyrównanej rundzie, gdzie szala zwycięstwa przechyla się to na jedną, to na drugą stronę, ukończenie zabawy może trwać wiele minut. Najważniejsze, że tytuł dostarcza przy tym ogromnych emocji, a rzucenie miecza w plecy przeciwnika, który już wita się z metą, pozostaje bezcenne.

Mimo że w Nidhogg są tylko cztery plansze, w trakcie gry nie odczuwa się, że jest ich zbyt mało. Każdy z poziomów zaskakuje czymś unikalnym, przez co walki zawsze wyglądają inaczej. Czasami mamy do czynienia z niskim korytarzem wykluczającym rzut mieczem, a innym razem stąpamy po chmurach, zapadających się pod krokami. Oprócz przeciwnika, trzeba też zwracać uwagę właśnie na takie niuanse, które nierzadko decydują o wygranej lub przegranej.

Nidhogg oferuje też tryb dla jednego gracza i rozgrywki sieciowe. W pierwszym przypadku stajemy do walki z kolejnymi, coraz bardziej wymagającymi przeciwnikami sterowanymi przez komputer. Walki z wirtualnymi oponentami nie są już tak emocjonujące i należy je traktować bardziej jako rozwinięty trening niż cel sam w sobie. Tryb sieciowy cierpi natomiast na syndrom małej liczby graczy. Czasami musimy czekać na rywala nawet kilkanaście minut i nie ma gwarancji, że ktoś się pojawi.

1

Pojedynki zapewniają wiele emocji w rozgrywce z żywym przeciwnikiem - najlepiej kolegą, ale może być też koleżanka

Autorzy poskąpili na trybach gry. Oprócz zwykłych, pojedynków można wziąć udział w małym turnieju - i to w zasadzie wszystko. Trochę szkoda, że nie pokuszono się o pewne zróżnicowanie w tej kwestii, co na pewno uatrakcyjniłoby zabawę ze znajomymi. Na szczęście istnieje szereg opcji, takich jak możliwość wyłączenia mieczy czy zastosowanie spowolnienia czasu, co nadaje zabawie dodatkowego blasku.

Stylistyka rodem z tytułów na Atari sprzed kilkudziesięciu lat nasuwa pytanie, czy oprawa wizualna to przemyślana koncepcja twórców, wynik ich lenistwa, a może ograniczonych środków. Na szczęście widoki rażące oczy na obrazkach podczas samej gry nie przeszkadzają. Być może to kwestia zaciętości walk i ładnej animacji postaci, które sprawiają, że nie przykłada się zbyt dużej wagi do wszędobylskich pikseli.

Nidhogg jest fajną odskocznią, przy której można dobrze się zrelaksować ze znajomymi. Jeśli ktoś z rozrzewnieniem wspomina emocjonujące turnieje w Deluxe Ski Jump rozgrywane na jednym ekranie, to przy produkcji studia Messhof może liczyć na równie silne doznania. Niestety, bez towarzyszy tytuł traci sporo pozytywnej energii przez mało wciągający tryb dla jednego gracza i problemy z wyszukiwaniem przeciwników w sieci.

7 / 10

Zasady oceniania gier w Eurogamer.pl Nidhogg - Recenzja Michał Basta Ostry miecz nie boli. 2014-01-21T18:00:00+01:00 7 10

Komentarze

Załóż konto

lub

  • Wczytywanie...