Doom 3: BFG Edition - Recenzja

Ciemno, ciemniej, Doom.

Stara szkoła strzelanek. Niestety, wypada przeciętnie.

Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale - jeśli nie macie słabości do serii Doom - unikajcie kompilacji BFG Edition, bo odbijecie się od niej z głuchym, niesłyszalnym w kosmosie echem. Miłośnikom Dooma łatwiej przyjdzie przełknąć liczne niedoróbki.

Doom 3 powrócił wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza - z dodatkową zawartością w postaci sporego rozszerzenia Resurrection of Evil, krótkiej (2-, 3-godzinnej), nowej kampanii The Lost Mission i pierwszych dwóch części legendarnej serii.

Doom 1 i 2 zawarte na dysku to te same wersje, które zostały wcześniej wydane osobno za pośrednictwem Xbox Live Arcade. Co ciekawe, można je uruchomić wyłącznie wtedy, gdy nie zainstalujemy gry na dysku twardym konsoli (przynajmniej w wersji xboksowej). Jest to nie lada gratka dla koneserów klasyki gatunku FPS, a przede wszystkim największa niespodzianka dla posiadaczy PlayStation 3, którzy do tej pory nie mieli styczności z trylogią Doom.

Gruntowną renowację przeszła przede wszystkim trzecia część serii, jej dodatek i pakiet nowych misji - całość została opatrzona rozdzielczością HD i otrzymała wsparcie dla ekranów 3D. Dzięki temu tekstury nabrały większej ilości szczegółów, modele postaci są mniej kanciaste, a efekty graficzne bliższe współczesnym produkcjom. Jednak wciąż poza potworami z piekła - straszą nas facjaty żołnierzy i naukowców. Nadal tekstury marsjańskiej bazy i modele postaci wydają się niepotrzebnie wypolerowane niczym figury woskowe i plastikowe pistolety z odpustu. Na szczęście nie oprawa graficzna stanowi o sile Dooma.

„Gra świateł, ciemności i świetnego udźwiękowienia - to wciąż atuty trzeciego Dooma.”

2

Niektórym potworom nie można odmówić uroku

Większej roli nie odgrywa błaha historyjka o wywoływaniu na Marsie zła z piekielnych czeluści, ani nawet satysfakcja płynąca z dziurawienia śrutem czy plazmą kolejnych hord potworów. Gra świateł, ciemności i świetnego udźwiękowienia - to wciąż atuty trzeciego Dooma.

Najpierw zgroza, potem rutyna

Zanim przyzwyczaimy się do kroczącego, pełzającego i biegającego zła, będziemy z wypiekami na twarzy powoli stąpać po niepewnym gruncie. Poczujemy oddech zainfekowanych ludzi na plecach i zapach siarki z kuli ognia lecącej w naszym kierunku. Pełnię zgrozy zapewnia fakt, że w najgorszych sytuacjach światło potrafi zgasnąć, a baterie w latarce (w końcu możemy jej jednocześnie używać z bronią!) wyczerpać się. Wówczas pozostanie w tył zwrot i bezsensowna ucieczka, która zazwyczaj kończy się w ramionach potworów wyglądających jak protoplaści bestiariusza serii Dead Space.

Na dobrych głośnikach lub słuchawkach, grając w zupełnej ciemności, trudno jest czasem nie podskoczyć ze strachu na krześle, bo w mroku czai się na nas krwiożercze zło, a jeśli jeszcze się tam nie pojawiło - spokojna głowa, zaraz użyje cudownego teleportu z Hadesu. Niestety, z czasem czar klimatu pryśnie. Dzierżąc w rękach wszystkie rodzaje broni, od zwykłego pistoletu, przez obowiązkowy shotgun, plasmagun, wyrzutnię rakiet i tytułowy Big F*** Gun - przyzwyczajamy się do schematu pojawiających się znikąd wrogów i oswajamy z myślą ich tanich sztuczek wywołujących dreszcze.

Po pewnym czasie wpadamy więc w rutynę. Wchodzimy do kolejnego pomieszczenia; dochodzimy do wniosku, że jest puste; chwilę kręcimy się wokół rozrzuconej amunicji; po czym nagle słyszymy pojawiających się przed nami, nad nami, pod nami i za nami skaczących, latających mutantów z piekieł. A wszelkie zwłoki, na które natrafiamy po drodze, obowiązkowo muszą ożyć, gdy tylko je miniemy!

„Zapomnijcie więc o samoregenerującym się zdrowiu i ogólnej przystępności - to staroszkolny tytuł pełną gębą, wymagający już na średnim poziomie trudności.”

1

Błyszczący on, błyszczący ja, błyszczący plasmagun

Co gorsza, większość poziomów to bardzo ciasne korytarze, w których ciężko jest odskakiwać na boki widząc lecącą w naszym kierunku kulę ognia. Niektóre wybuchające beczki wydają się umieszczone celowo tak, by jak najczęściej eksplodowały nam przed oczami. Jakby tego było mało - każdy cios, który otrzymamy od przeciwnika odpycha wycelowaną broń od środka ekranu. Przez to im częściej jesteśmy ranni - tym częściej chybiamy celu, im częściej chybiamy - tym częściej umieramy. I tak w kółko...

Arsenał z odpustu

Wydawać by się mogło, że kto jak kto, ale id Software potrafi zrobić FPS-a z porządnym, efektownym arsenałem broni. Nic bardziej mylnego. Owszem, na liczbę broni nie można narzekać, ale ich wykonanie woła o pomstę do nieba. Pistolet wydaje odgłosy, jakby strzelał kapiszonami, shotgun pustymi konserwami, karabin szpilkami, a plasmagun to chyba relikt skradziony z jakiegoś odcinka serialu Power Rangers.

Strzelanie z tych wynalazków przynosi umiarkowaną satysfakcję także z tego powodu, że niezależnie, czy strzelimy w zainfekowanego marine prosto w głowę czy w stopę - otrzyma podobne obrażenia. Na szczęście, w późniejszym etapie gry w ręce trafia idealnie tnąca piła mechaniczna! Odświeżając sobie Dooma 3, warto zapomnieć o tradycyjnych rozwiązaniach, do których przyzwyczaiły nas współczesne shootery. Zapomnijcie więc o samoregenerującym się zdrowiu i ogólnej przystępności - to staroszkolny tytuł pełną gębą, wymagający już na średnim poziomie trudności.

Tryb multiplayer podczas testowania świecił pustkami we wszystkich trzech odsłonach serii. Gdy już udało mi się połączyć z serwerem przypomniałem sobie, że sieciowy Doom 3 to małe, ciasne mapy z raptem kilkoma przeciwnikami. Pomimo ograniczeń dobrze bawiłem się online, choć zdecydowanie jest to gra nastawiona na rozgrywkę dla jednej osoby. Pikanterii dodaje możliwość wspólnej zabawy na podzielonym ekranie i kooperacji w pierwszych dwóch częściach serii.

5 / 10

Zasady oceniania gier w Eurogamer.pl Doom 3: BFG Edition - Recenzja Kamil Skuza Ciemno, ciemniej, Doom. 2012-11-06T14:20:00+01:00 5 10

Komentarze (9)

Komentarze zostały zamknięte, ale możesz kontynuować dyskusję pod innymi materiałami lub na Forum!

  • Wczytywanie...